Jesień

Jesień to jest jednak dołująca pora roku. Prosta droga, aby w strugach deszczu i w podmuchach zimnego wiatru, popaść prosto w szpony depresji. Witaj kryzysie! Który to już? Nie chwaląc się, przeżyłam ich trochę, a jestem dopiero po trzydziestce. Jak tak dalej pójdzie, to będę mogła dopisać je do listy swoich osiągnięć życiowych. „Jakie jest Pani największe doświadczenie? W czym, nie ma Pani sobie równych?” – Proszę Państwa, szanowna publiczności. Doświadczyłam wielu kryzysów, inny, na każdym etapie swojego życia. I nie chwaląc się, właśnie zmierzam ku największemu. To ten, zapisany na czerwono na samym dole tej kartki. Najważniejsze rzeczy trzeba pisać czerwonym kolorem, aby rzucały się w oczy (inaczej: raziły po gałach!).

Poprzednie kryzysy minęły pozostawiając po sobie spustoszenie. Czasami myślałam, że nie będzie już co zbierać. Że najlepiej zostawić wszystko tak, jak jest. I potykać się co krok o rozwalony dookoła gruz. Czasem można brodę zadrapać, gdy się o coś potkniesz i całkowicie przypadkiem trzymasz ręce w kieszeni (trzymasz je w kieszeni nie dlatego, że jesteś taka cool, tylko zimno Ci w łapy). Wiadomo, że lecisz wtedy na pysk. Ale, skoro jestem teraz tutaj (a gdzie ja właśnie jestem?), to oznacza, że udało mi się już, co najmniej pięć razy (tak kochani, ja się nie poddaje, a przynajmniej nie tak od razu) odbudować stolicę swoich emocji (Wywalić cały ten gruz emocjonalny do konteneru). Za każdym razem punkt wyjścia był w opłakanym stanie. Możnaby porównać do zgliszczy, ruin czy terenu dotknięktego powodzią. A w sumie, to, do tego wszystkiego, wziętego razem i wyrzyganego przez bezdomnego kota. Bierze się wtedy ten cały syf i skleja cudownym klejem w sztyfcie „magic”. Fakt, jeżeli za szybko to ruszysz, to się znowu rozleci, ale jak schnie dostatecznie długo to trzyma fest. Po kilku latach to jest już nie do ruszenia. Kiedyś, jeżeli mój terapeuta (lekarz od czubków) zaleci mi powrót do dawnych demonów, dane Wam będzie usłyszeć o każdym z nich. Póki co, leżą sobie bezpiecznie zamiecione pod dywan. No dobra, w szufladzie, spisane na kartce.

Szłam tak sobie ulicą, deszcz siąpił, parasola nie miałam, bo (jak się pewnie domyślacie)  zapomniałam. I tak rozmyślałam o tym, jak okropna jest ta jesień. Szaro. Brudno. Ponuro. Może to od dymu? Wiadomo, sezon grzewczy, smog, brzydkie, stare bloki. Większość drzew straszy już prawie gołymi gałęziami. Niech mi jakiś optymista wytłumaczy, co tu jest pięknego. Mój terapeuta (ten sam, co wyżej wymieniony lekarz od czubków) twierdzi, że należy szukać pozytywów w każdej sytuacji. „Życie jest piękne, tylko trzeba dostrzec piękno w szczegółach. W malutkich elementach”. Szukałam małej walizki z kupą hajsu, przypadkiem zostawionej koło krzaków na trawniku. Wtedy mogłabym powiedzieć, że wśród tego całego psiego gówna, jest coś pięknego i optymistycznego. Ale niestety, nie mogłam, bo takiej walizki nie było. „…w malutkich elementach…” – no to może chociaż kupon w lotka z wygraną? Nie? Też nie? Szkoda, ale chociaż się starałam. 

– Mamo, wlazłem w kupę!!!!

Kolejny akt jesiennej tragedii. Smark nie gapi się pod nogi, tylko lezie przed siebie i nie docierają do niego żadne bodźce z zewnątrz. A ja ciągle, jak mantrę, powtarzam „tylko uważaj na psie kupy!!” I do kogo to mówię? Chyba nie do innych użytkowników chodnika? Bo co mnie obchodzą ich buty ubrudzone psimi odchodami. Doszliśmy do takiego punktu ewolucji infrastruktury miejskiej, że strach wytrzeć buty w trawnik. Tam bardzo łatwo o większą minę, która w każdej chwili może eksplodować. To już nie są trawniki, tylko psie kuwety. A wieczorne czyszczenie butów nad wanną i pryskające dookoła gówno, to nie jest pożądany scenariusz na dzisiejszy koniec dnia.

– Wypłucz sobie buta w jakiejś kałuży. Tylko ostrożnie aby woda ci nie wleciała, bo będziesz mieć skarpetki mokre. – no geniusz, nie matka, każe dzieciakowi myć buty w kałuży. Wiadomo, że i tak mu woda naleci do tego buta i będzie jęczeć jeszcze głośniej.

– Dokąd idziemy? Daleko jeszcze? Nogi mnie już bolą!

Kolejna ewolucja, tym razem ludzkości. Mimo, że udało mu się cudem uratować skarpetki przed zmoczeniem w kałuży, tryb „zdenerwuj matkę byle pierdołą” i tak się załączył. Kiedyś dzieciaki im więcej biegały czy chodziły, tym lepszą kondycję miały. Mój młody człowiek im więcej chodzi, tym bardziej się męczy. A im bardziej się męczy, tym więcej marudzi.  A jak każdy wie, marudzenie PRZECIEŻ nie męczy marudzącego! Co innego słuchającego. Jakbyśmy szli na lody, to by dumnie kroczył naprzód, wiedząc, że na końcu tej ścieżki czeka na niego niezwykła nagroda. Zmrożone mleko, śmietana, cukier i barwniki. Wszystko czego potrzebuje dzisiejszy smark, aby na chwilę się zamknąć i nie trajkotać o tym, jak mu jest ciężko, jak musi iść tą drogą usłaną niedogodnościami, to obiecana nagroda. On wtedy wie, po co idzie. Po zwycięstwo! I może nadwagę.

– Idziemy po Twojego brata, a mojego syna numer dwa. Nie mów, że nie zauważyłeś, że go tu nie ma?!

– Nie chce po niego iść! On mnie tak WKURZA!! Może go komuś oddamy? Po co nam on?

Siedmioletni umysł potrafi już takie podłości wymyślać. Ciekawe kim zostanie w przyszłości?  Patrząc na niego, ciężko dostrzec geniusz zła lub jakąś wybitną inteligencję, ale być może ukrywa się pod tą maską zupełnie przeciętnego dzieciaka. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach mieć polityka w rodzinie to duma czy wstyd?

A może coś w tym jest? Może to znak z nieba, podpowiedź boża… „oddajmy go”… ale po co się ograniczać? „Oddajmy ich” … To jest dopiero myśl. Czasami po prostu trzeba odłożyć rzeczy, na które nas nie stać… I nie mówię tu tylko o zasobach finansowych, ale także o ilości wyczerpanych nerwów, cierpliwosci czy zwykłego zapasu zdrowego rozsądku i równowagi psychicznej. Tej ostatniej to z pewnością zaczyna mi brakować… więc gdyby tak… po prostu… wstać rano, ubrać się, zjeść spokojnie śniadanie… I wybiec z domu i już nigdy nie wracać…

„I dokąd by Pani pobiegła?” – mój terapeuta, potrafi zepsuć każdy genialny pomysł. „Nie może Pani biec po prostu przed siebie. Trzeba mieć cel, do którego się zmierza… dąży”. Ta. Jasne! Cel! Trzeba mieć gdzie zrobić siku, jak się pęcherz zapełni. Można sikać w krzakach, ale wiadomo, jest to niebezpieczne bo można złapać kleszcza. Później może nas dopaść borelioza i reakcja łańcuchowa rozpoczęta. Jaki z tego morał? „Jak nie masz dokąd spieprzyć, to nie spieprzają wcale!” Myślę, że to motto lepiej by brzmiało przy użyciu bardziej wulgarnego słowa, ale jest jeszcze przed 22:00…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s