Powrót do świata – bardzo długa historia małego pieska.

Pies to nie zabawka, pies to obowiązek, chibi dog, pies robi kupę, chibi girl with dog

Trochę mnie nie było, ale święta i okres poświąteczny, a tak naprawdę cały styczeń, był dla mnie ciężkim okresem. I nie mam tu na myśli miesiączki, która trwała… nadzwyczajnie długo. Chociaż taki właśnie był mój ostatni cykl – okropny i przerażająco długi. Ale do rzeczy. Co się działo jak mnie nie było…

Pies. Tak, pies to obowiązek. Nie zdawałam sobie z tego sprawy kiedy przeszło jedenaście lat temu, wynajęłam razem ze swoją paczką, pierwsze w życiu mieszkanie. Mieszkanie bez rodziców. Tak naprawdę, to oni mnie do tego namówili. Wyprowadzając się z domu, nie umiałam nic: ani prać, ani prasować, ani gotować. Za dzieciaka sprzątałam, wiadomo, musiałam, robiłam zakupy z listą od mamy, ścieliłam swoje łóżko… Jeżeli chodzi o żarcie to umiałam zrobić sobie tosty, kanapki, zalać zupkę chińską (uwielbiałam je w tamtym czasie, zwłaszcza gulaszową i ogórkową), podgrzać obiad w mikrofali. No i te drobne przekąski typu płatki zalać mlekiem, czy musli jogurtem. Ale ugotować obiad od zera do bohatera? Never!

Tak więc wśród naszej czwórki, wkraczającej w dorosłe życie, tylko moja przyjaciółka umiała gotować, bo od jakiegoś czasu żyła już ze swoim facetem na wynajmie. Niestety, jej praca była dosyć wymagająca, późno wracała do domu, komu by się jeszcze chciało gotować dla bandy nieogarniętych ignorantów. Całkowicie ją rozumiałam. Ale kiedy zlitowała się nad nami, to na weekend był i rosołek i kotlety. Uczta na miarę Bożego Narodzenia!

Przyznam się, że w rodzinnym domu byłam dzieckiem raczej wybrednym. Co ja gadam?! Nic mi nie pasowało! „Ten kotlet ma tu coś tłustego”, „ta szynka ma żyłki”, „ten pulpet jest jakiś tłusty”, „nie lubię tej zupy”… I milion grymaszeń tego typu, które wkurw… denerwuje rodziców! Wiem, że denerwują, bo mam teraz swoje własne dzieci. Ale, kiedy przez kilka tygodni żywisz się zupką chińską i parówkami to się okazuje, że nagle wszystko zaczyna Ci smakować. Weekendowy obiad u rodziców zaznaczałam z uwielbieniem w kalendarzu! „Mamo, może przyjadę do was w sobotę, co? Co robisz na obiad?” I naprawdę, wszystko smakuje jak w luksusowej restauracji. Strasznie dziwne zjawisko.

I tak sobie mieszkaliśmy. Cztery osoby „udawające” dorosłych. Sprzątać się nikomu nie chciało. Raz w miesiącu sprzątaliśmy mieszkanie na błysk, bo przychodził gościu po hajs za czynsz. Ale w inne dni… w kuchni zlew i blat zawalony kubkami. Mieliśmy ich naprawdę dużo, więc nie trzeba było tak często myć, co z perspektywy czasu nie było dobre… Jak nazbierało nam sie śmieci to musieliśmy pielgrzymkę zrobić do śmietnika. Wyglądało to tak, jakbyśmy sprzątali na przykład piwnicę i teraz te rupiecie trzeba wyrzucić. No mówię wam, dzieci udające dorosłych.

Ale mało nam było. Mój ówczesny facet zaproponował „kupmy sobie psa”. No, fajnie! Zbliżało się Boże Narodzenie, idealny pomysł! Kupmy sobie psa! Nie wiem czemu, ale wszystkim spodobał się ten pomysł. „Ale fajnie”, „Będziemy mieć psa!”, „Jak mu damy na imię?”. Tylko moja rozsądna matka zaskrzeczała do telefonu: „Pies to obowiązek na wiele lat! Nasz kundel zdechł mając 15! Wiesz ile to jest 15 lat? Ty masz dopiero 22!! Przemyśl to, bo będziesz żałować!!!” Ale co sobie myśli taki dorosły dzieciak? „Nie będzie mi mówić, co mam robić!” Ja sama wiem, czego będę żałować!

I kupiłam psa. Małego Yorkshire Terrier. Daliśmy mu imię Toffik. Modny był wtedy kabaret >ani mru mru< a Toffik bardzo pasował do naszej małej Familii. I wiadomo, co było dalej, kto miał racje a kto się mylił. Moja matka miała absolutną rację. Szybko się okazało, jak ciężko wstać specjalnie 20 minut wcześniej, aby wyprowadzić szczeniaczka na dwór… zimą… Miałam co drugi tydzień na 7 do pracy, jeździłam autobusem, musiałam o 6 wyjść z domu, a gdzie do tego jeszcze spacer z psem. Mój facet nie wychodził z nim przed swoją drugą zmianą, bo mu się nie chciało, to często po powrocie do domu było nasikane. Nie na tym psim pampersie, tylko gdzieś w kącie. Zabroniłam karmić go normalnym żarciem, miał jeść tylko karmę. Ale do facetów można mówić jak do ściany. To takie zabawne dawać psu parówki! Boki zrywać! Ale to nie było najgorsze…

Najgorszy był rozłam wśród Familii. Kłótnie pomiędzy dwoma kogutami, w końcu zgrzyty były pomiędzy wszystkimi. Postanowiliśmy się rozejść każdy na swoje, w inną stronę. Nie wiem dlaczego wtedy nie wróciłam do domu, wiedziałam, że mieszkanie z moim ówczesnym facetem będzie katastrofą. Miałam rację i szybciej niż się spodziewałam (po dwóch miesiacach) wróciłam do mamusi, lżejsza o kaucję, której nikt mi nie oddał. Ale nie wracałam sama. Wracałam z psem. Ojciec był mega wkurzony, bo dopiero co, po 15 latach, zdechł nasz stary kundel i moja matka strasznie przeżyła to rozstanie, to teraz córeczka sobie wraca z nowym pieskiem. Wiadomo, że mnie wzięli. Kochają mnie. Na szczęście do pracy z domu rodziców miałam tylko 5 minut drogi i nie będę ukrywać, że od tego momentu żyłam tam, jak w hotelu. Dawałam mamie na czynsz więcej niż chciała, a ona opiekowała się psem i mną. Ciuchy wyprane, złożone i wsadzone do szafy. Pytała wciąż, co chce jeść na obiad. Jakie kupić mi jogurty itp. Kiedy poznałam swojego obecnego męża i się wyprowadziłam nie tylko z domu, ale też z rodzinnego miasta, pies został z moją mamą. Mama wiedziała, że planujemy mieć dzieci, więc dziękuję jej, że wzięła ten obowiązek na siebie.

I po tym długim wstępie nadchodzi właśnie czas, na opisanie zdarzeń które miały miejsce przed Bożym Narodzeniem. Psa kupiłam w grudniu 2010. Z domu wyprowadziłam się na stałe latem 2013. Moja starsza siostra mieszka od jakiś pięciu dobrych kilku lat w Irlandii że swoim synem – pierwszym dzieckiem w rodzinie. Urodził się w 2008 roku i był naszym wspólnym skarbem… Ale nie o tym, bo znowu zacznę godzinną historię… Zazwyczaj, gdy mama wylatywała do niej (najczesciej na dwa tygodnie), psa brała moja młodsza siostra, mieszkająca w tym samym mieście co rodzice. Od czasów pandemii corony, mama nie odwiedzała siostry w Irlandii. A był to dla niej cios ogromny, gdyż nigdy nie miała takiej rozłąki z pierwszym wnuczkiem, którego praktycznie wychowywała, kiedy moja siostra pracowała cale dnie, by zarobić na ich utrzymanie. Także kiedy mama mogła w końcu polecieć do nich, spędzić święta z pierwszym wnuczkiem, była przeszczęśliwa. Dzwonię do niej któregoś razu, w grudniu i pytam, jak przygotowania do wylotu. A ta beczy mi w słuchawkę: „chyba nie pojadę… chlip… nie mam co zrobić z psem… chlip… chlip… twoja młodsza siostra go nie weźmie, a do samolotu nie mogę go wziąć… chlip… chlip…” Zrobiło mi się jej strasznie przykro. Przez mojego psa nie może polecieć… Pytam więc męża, czy moglibyśmy pojechać po Toffa do Polski, a po 3-4 tygodniach byśmy go odwieźli. „Jasne, ale ty z nim wychodzisz!” Sprawa nie była prosta, bo jedynie wyjazd na weekend wchodził w grę, a do przejechania mieliśmy ok 750km w jedną stronę. Moje dupsko nie cierpi podróży dłuższych niż 3h, bo cały zadek mi sztywnieje i staję się rozdrażniona, nieznośna i marudna.

Wyjechaliśmy w sobotę o 17:00… tak, o 17:00, gdyż mąż musiał iść do pracy. Także przyjechaliśmy do Polski, przespaliśmy się kilka krótkich godzin i musieliśmy wracać. Podróż? W obie strony okropna. W drodze do Polski dzieciaki kłóciły się od samego wyjazdu do prawie 22:00, rzucając w siebie czapkami, rękawiczkami i co znaleźli pod łapskiem. Droga z Polski? Horror przez wielkie H!! Bo do kłótni smarków trzeba dołożyć wycie i skomlenie psa i zatrzymywanie się co 2h na siku. Bo nie wiesz czy on chce czy nie, czy że stresu się nie zleje. Mimo lekarstwa uspokajającego nadal skomlał. Ledwo wysiadłam (a raczej wypadłam) z samochodu pod domem, pies się zesrał tak, że obsrał sobie cały tyłek! No super! Dzieci dawno bez pampersów, to teraz będę psu myć dupę z gówna. Początek nieźle się zaczął! Dni mijały. Pies obsrał się jeszcze ze cztery razy, ale też zesikał się kilka razy w domu, mimo regularnego wychodzenia na dwór. Starałam się nie marudzić, przecież to mój pies! Musiałam wstawać rano razem z Toffem, mimo, że to były ferie świąteczne i dzieciaki spały do 8:00. Wszyscy pogrążeni w śnie, ciemność, a ja kurtka, czapka, kalosze, parasol i z pieskiem… deszcz lał chyba ze dwa tygodnie – na złość! Na pewno na złość!! Nie przypominałam sobie też, aby Toff kiedykolwiek indziej, robił kupę 3x dziennie. A tu za każdym razem jak szedł na dwór, stawiał klocka. Nie jestem hipokrytką, sprzątałam te jego bobki, przeklinając pod nosem, że ile taki pies ważący mniej więcej 3 kg może srać?!

Dzień odwiezienia psa do mojej mamy był najszczęśliwszym dniem stycznia. Droga do Polski trwała wieczność, ale kiedy go w końcu oddaliśmy, to poczułam, jak kawał sporej odpowiedzialności ze mnie zleciał. Co za cudowne uczucie. Nie mogę się doczekać takiego uczucia, kiedy dzieci pójdą na swoje. Pewnie będzie dużo silniejsze!

PS. Tak na koniec. Pies obraził się na moich rodziców. Nie chciał dawać się głaskać, ani brać na rączki. Mama była trochę smutna. Teraz rzadziej ma fochy, ale nadal mu się zdarzają. Pewnie się wkurzył za te drogę. Jak można tyle godzin jechać? No cóż…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s