Jak skutecznie utrudniać sobie życie?

Angry chibi girl, fire chibi, złość, wściekłość
Tak wyglądałam przez cały styczeń.

Styczeń był okropny. Wiem, że już to mówiłam, ale nie chciałabym abyście o tym zapomnieli. Mimo, że pozbyłam się psa, zaraz w pierwszy dogodny weekend po Sylwestrze, to i tak pierwszy miesiąc nowego roku był pasmem nieszczęść i nerwówki. Któregoś dnia mówię do męża „chyba muszę poszukać jakiejś pracy, celu w życiu… coś co mogłabym robić… tak dodatkowo, aby czuć się chociaż trochę komuś potrzebna..” Ale mam tu na myśli komuś innemu, niż tym małym potworkom, które potrafią być miłe dla mamusi, tylko wtedy, kiedy czegoś chcą. (Ale zbudowałam długie zdanie. Mam nadzieję, że poprawnie. A jak nie, to wybaczcie.) A jak dzieciaki nic akurat nie chcą, to niech się dzieje wola nieba! Ale, wracając do tematu…

Praca. Szukanie pracy. Po co szukać sobie pracy, kiedy mąż zarabia tyle, że starcza (jest taki wyraz?) na wszystko. Tym samym wraca dosyć późno na chatę, a smarkami trzeba się zająć. Odpowiedź będzie dość prosta: z przyczyn osobistych, właściwych dla zachowania prawidłowego zdrowia psychicznego! Zaznaczanie opcji „Hausfrau” w różnego typu formularzach brzmi prawie tak okropnie jak jakaś klątwa… przecież nie robiłam studiów tylko po to, aby być gospodynią domową. Poza tym, kogo ja chcę oszukać. Jestem najbardziej chu*ową gospodynią, jaką kiedykolwiek udało mi się spotkać. I nawet nie staram się udawać, że jest inaczej.

Przykład: robienie żarcia dla całej rodziny. Stoisz w kuchni godzinę – półtora (zależy co chcesz machnąć), łapy walą cebulą (na szczęście odkryłam nitrylowe rękawiczki – polecam robić w nich obiad), dookoła bałagan. Garów po gotowaniu w ch*j! Można oczywiście na bieżąco te patelnie, szklanki, łyżki i noże ogarniać do zmywarki, ale lepiej i szybciej do zlewu. Kiedy w owym zlewie nazbiera się kij rupieci, orientujesz się, że będzie Ci ten zagracony zlew potrzeby do odlania wody z ziemniaków czy makaronu… Ale będzie Ci potrzebny raczej pusty niż zawalony stosem brudów. Więc w popłochu ogarniasz ten chaos. To do zmywarki, to trzeba ręcznie… Dobra, jakoś się udało, trochę pochlapałaś podłogę, ale to nic! Masz obiad! Nakładasz sobie i dzieciom na talerze, wołasz ich… „O nie! Ja nie chciałem tego na obiad!”, „Ja nie lubię tego mięska!”, „Ja chciałem mało, a to jest dużo!” I inne w tym stylu. Myślisz „wali mnie to” i siadasz i sama zaczynasz jeść mając w czterech literach wszystko dookoła. Dzieciaki siadają i zaczynają jeść. A w sumie bawić się: wymieniają się ziemniakami, czy makaronem, czy co tam zrobiłaś na obiad. Nadziewają kotleta na widelec i biegną gdzieś, bo coś im się przypomniało (nie wiem co się przypomniało, nie wiem gdzie biegną… powiedziałabym do lasu, ale mieszkamy w mieście). Patrzysz jak odruchowo wycierają buzie rękawem. Po co użyć chusteczki, mama uwielbia spierać sos pomidorowy z ciuchów. Ale trzymasz się. Nerwy na boku! Wdech, wydech, spokojnie. Idziesz do kuchni, przekładasz obiad dla starego do naczynia i… sprzątasz ten syf. Dzieciaki zjadły dużo mniej niż im nałożyłaś. Nie są głodni, po prostu żyją energią słoneczną. Tak czy siak ładując zmywarkę chlapiesz znowu na podłogę, później to wycierasz. Masz dosyć, a to tylko obiad. Bycie gospodynią jest okropne! Robisz tyle rzeczy, a i tak wszystko wygląda tak, jakby trąba powietrzna zmasakrowała Ci mieszkanie.

Inaczej jest, gdy chodzisz do roboty. Wychodzisz i masz gdzieś ten chaos panujący w domu. Nie słyszysz ciągłego marudzenia i płaczu „mama! on mi zepsuł zabawę”, „mama! on mnie uderzył”, „mama! on mi zabrał zabawkę”… I nie musisz drugą godzinę okrążać plansze monopoly junior, błagając niebiosa o rozpoczęcie apokalipsy. Nie musisz słuchać tego, że jeden nie chce oglądać tej bajki, tylko dlatego, że drugi bardzo chce oglądać właśnie tę bajkę.

– Ja nie chcę oglądać króla lwa! – drze się pierwszy na pół osiedla.

– Ale przecież lubisz króla lwa – próbuje z nim rozmawiać i załagodzić sytuację.

– Lubię, ale nie chcę! – koniec tematu.

I jeden płacze, że chce, a drugi, że nie chce. Dlatego pomyślałam, że muszę iść gdzieś, na kilka godzin… pod jakimś dobrym pretekstem opuścić to miejsce i odetchnąć. Problem polegał tylko na znalezieniu pracy, w godzinach wieczornych i ewentualnie w weekendy. Gdzie można pracować o takiej beznadziejnej porze? Na szczęście można! Beznadziejnie organizowane zasady covidowe dają możliwości wyemigrowania z domu. Pójdę pracować do centrum testowego, będę wręczać tym ludziom kody QR i godziny będą lecieć w spokoju. Idealny pomysł, co może pójść nie tak?

No i jak się okazuje WSZYSTKO. Po prostu ludzi tyle, że nie masz czasu napić się wody. Zostajesz sama, bo nagle okazuje się, że koleżanka ma kwarantanne. Dziadki nie posiadają umiejętności poruszania się po internecie, więc oczywiście nie zrobili sobie terminu. Więc, mimo mega kolejki, rejestrujesz tego miłego Pana, bo wiesz, że on tu przychodzi zapewne ciągle (co parę dni) i ciągle jakaś miła pani z rejestracji go rejestruje w tym diabelskim, internetowym systemie. Nie jest to straszne, chyba, że takie dziadki chodzą grupkami. I wtedy masz kilku niezarejestrowanych dziadków, którzy właśnie przyszli zrobić test, bo chcą iść na nabożeństwo. Do tego dochodzą pytania innych ludzi, typu „czy jak mam termin na 19:00, to muszę stać w kolejce?” „Czy jak chcę zrobić dziecku do szkoły test, to muszę stać w kolejce?” „Czy jak chcę popełnić samobójstwo, to muszę wyskoczyć przez okno?”… A najlepsze są błędy systemu. Każdy kocha taki niespodziewany błąd, zwłaszcza gdy zajmujesz się nim dłużej niż 5 minut, podczas których kolejka powiększa się o dodatkowe 10 osób. Pani przyszła na darmowy PCR, bo szybki test wyszedł pozytywny. Ona dostała maila z wynikiem, że jest POZYTYWNY. I szukam pani w systemie. Za piątym razem znalazłam ją w przetestowanych. Ale w Archiwum nie ma jej ani w pozytywnych, ani negatywnych. Po prostu znikła, ślad zaginął. Mail przyszedł z nieba, niczym zesłanie ducha świętego, ogłaszając „ma pani covid, proszę zacząć się modlić.” W sobotę szłam na 16:00 do 0:00, a w niedzielę od 8:00 do 15:00. Zanim położyłam się spać było już grubo po 1:00, gdyż dojazd zajmuje mi jakieś 35minut. Wstałam do pracy przed 6:00, oczy na zapałki… Kawyyy!!!… Niedziela, to był ten „wspaniały” dzień, gdzie koleżanka nie przyszła (podobno) z powodu kwarantanny. Wróciłam po robocie z takim migrenowym bólem głowy, jakiego dawno nie miałam. A co mi tam, dzieci w domu, ludzie w pracy – wszyscy mnie wkurw… denerwują! Myślę, co jeszcze mogłabym zrobić, aby żyło mi się „łatwiej”… hmmm… kupić psa?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s