Lawina

Starszy syn czeka na wynik PCR. Poza jakimś tam niedużym katarem, wygląda na totalnie zdrowego. Apetyt dopisuje, trawienie w normie, poziom energii umiarkowany… właśnie, chyba to ostatnie powinno mnie martwić, bo zazwyczaj ma tyle w sobie wigoru, że słyszy go pół osiedla. Jednak z drugiej strony nikt go nie denerwuje, nie podpuszcza, nie zaczepia, nikt mu nie psuje zabawy… dlaczego? Bo najmłodszy w rodzinie rozłożony. Rozbroiło go tak, jak Potterowe Expelliarmus Voldemorta (sorry, ever „Harry Potter” team). Leży biedny z gorączką, cały dzień śpi albo rozmyśla nad istotą egzystencji jednostki we wszechświecie… Jakby doczesne, dotychczasowe uciechy, przestały dawać mu radość. Można powiedzieć, że wkurzanie starszego brata, to było jego pełnoetatowe hobby… że poświęcał życie, aby móc w 100% oddać się temu zadaniu. A teraz wszystko to, straciło sens.

Może po kolei corona trawi naszą rodzinę. Dzwoniłam dziś po południu do starego, a ten burknął tylko: „Wrócę dziś późno, nie czekaj na mnie. Strasznie się czuję!” Dokładnie to użył tutaj wulgaryzmu, ale dla estetyki pisarskiej postanowiłam złagodzić jego wypowiedź. Wczoraj negatywny – dzisiaj pozytywny. To tylko domysły, testu nie zrobił i myślę, że nie zrobi, bo „nikt mi nie będzie dłubał patykiem w nosie!” I nic nie zrobisz. Możesz zrobić strajk głodowy, albo położyć się krzyżem pod wycieraczką, ale w końcu zgłodniejesz, albo kończyny Ci zesztywnieją. Po co walczyć z wiatrakami. Może nadszedł już czas, na nas wszystkich. Podobno każdy zachoruje na omikrona. Lepiej teraz niż później.

Najtrudniejsze jest jednak robienie lekcji. Nauczycielka dała materiały do samodzielnej pracy: książki, ćwiczenia, pozaznaczała, co mamy do przerobienia w ciągu najbliższych dni. Szczerze, to czarno widzę domowe odrabianie lekcji na taką skalę. Po pierwszych dwóch zadaniach w zeszycie ćwiczeń, a dokładnie ćwiczeniach związanych z odejmowaniem – mózg paruje. Ale nie młodego, tylko mój. Wałkowali dodawanie przez dwa- trzy miesiące, a teraz jak mają odejmowanie, to chłopak siedzi w domu. Mam nadzieję, że PCR będzie negatywny i wróci do szkoły, najlepiej to już jutro! Nie mam nerwów do bycia nauczycielem. Dlatego nigdy nie chciałam nim być. Zwłaszcza, aby uczyć dzieci. I jeszcze taki Ci powie, że źle mu tłumaczysz, bo..

– Pani w szkole mówiła inaczej!

– A no mówiła inaczej, bo mówiła o dodawaniu, a mamusia mówi o odejmowaniu! – spokojnie odpowiadam.

– Nie, nie, nie! Źle ty mówisz i jak pójdę do szkoły, to wszystko będę wiedział źle!!!

No jasne! Przecież ja źle mówię! Skąd ja mogę wiedzieć, ile to jest „3-2” skoro nie chodzę do szkoły, a kiedy do niej chodziłam, to uczono ludzi, że ziemia jest płaska, a księżyc zrobiony jest z sera! Moja piątka z matematyki na studiach, to po prostu „niemiecka piątka” czyli ocena mierna. Taka miernota nie ma prawa się wypowiadać w kwestiach jakże zaawansowanej matematyki, nauczanej na poziomie pierwszej klasy podstawowej, albowiem moja dojrzałość intelektualna tapla się w kałuży niewielkich rozmiarów. Czuje się niegodna postawionego mi zadania i myślę właśnie, co napisać nauczycielce, aby nie wyjść na rodzica niezasługującego na posiadania dzieci. Hmmm… może groźba o rasizm? Skoro proszek „do białego” czy do „czarnego” jest rasistowski? Nie, to chyba nie przejdzie… jakieś inne pomysły? Zdecydowanie przydadzą się mądrzejsze niż moje!

Mogę też w dalszym ciągu próbować przekazać swoją posiadaną już wiedzę, metodą zdartej płyty, ale to, na dłuższą metę jest bardzo męczące. Człowiek ma już grafik do pracy ustalony, trochę rzeczy do ogarnięcia z nowym projektem, a tu spędza dwie godziny rysując piłki i skreślając je. I to dopiero sama matematyka, a gdzie ćwiczenia z niemieckiego z literką „B” albo kartki, które nauczycielka dała do „codziennych ćwiczeń nauki czytania”…

Myślę, że jak ktoś planuje założenie rodziny – mam tu na myśli głównie posiadanie dzieci – to powinien przejść szkolenie. Takie coś jak na prawo jazdy. Nie umiesz od razu jeździć, musisz się nauczyć od kogoś kto już umie. A na koniec zdać egzamin z mówienia do ściany czy uczenia własnych dzieci właśnie takiego odejmowania. Aby nauczyli nas jak rozmawiać z dziećmi, jak z nimi żyć. Że posiadanie młodego kaszojada, to nie tylko sweet focie na insta, ale też góra prania, góra syfu, deptanie boso po lego i rozmazany dżem na kanapie. Niespełnione marzenia, niespełnione ambicje, dużo pracy nad sobą i wielka (a nawet ogromna) odpowiedzialność. Rodzicielstwo może dać wiele radości i satysfakcji – osobiście znam osoby, które się spełniają jako rodzice, ale są też tacy (jak na przykład JA), którzy myślą, że ten instynkt przyjdzie z czasem. Ale on nie przychodzi. Miesiąc, rok, dwa lata, sześć… i już wiesz, że nie przyjdzie nigdy. Ale starasz się dbać o wszystko na raz, mimo, że prawie nigdy nie wychodzi tak, jakbyś chciała, albo jak sobie to zaplanowałaś. Takie je po prostu życie… kochasz swoje dzieci, ale czujesz, że nie jesteś wzorową mamą, taką z podręcznika.

Zamuliłam tym ostatnim akapitem. Mózg udał się na chwilę relaksu i samonotujące pióro popłynęło na falach słabości emocjonalnej. Może corona wdziera się do mojego mózgu!

Chibi school, chibi home school, edukacja zdalna

One comment

  1. Pamiętam jak mnie matka uczyła tabliczki mnożenia. I wiesz… na maturze miałem z matmy piątkę, ale jeśli chodzi o tabliczkę, to się zawsze przy niej zastanawiam zanim podam wynik… Tak, że syn może mieć rację – matki niekoniecznie się sprawdzają jako nauczycielki 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s