Pierwszy dzień po kwarantannie…

Wczoraj był dzień zakochanych. Dla mnie dzień, jak co dzień. Kartka w kalendarzu z informacją „Wyjście do teatru, nie zapomnij dać dzieciakowi 5€. Lekcje według planu”. Fajnie było w końcu wyjść z domu, biorąc pod uwagę, że trochę ostatnio chorowałam. Ja chorowałam, mimo tego, że to moje najzdrowsze dziecko miało kwarantanne. Nie przyszło mi nawet do głowy, aby może coś dać temu dzieciakowi do szkoły, takiego niedużego, takiego dla dziewczynek…Zresztą, za bardzo się ucieszyłam, że w końcu wylezie z domu do szkoły, aby myśleć o takich pierdołach. No i idą do teatru, a to bardzo ważne wydarzenie!

Droga w te i z powrotem strasznie mnie zmęczyła. Dodatkowo zgrzałam się okropnie, bo temperatura prawie wiosenna – 7 stopni o 7:40 – a ja w czapie i szaliku. Nie chciałam się narażać światu, aby sobie nie pomyślał, że gram mu na nosie. „Patrzcie na mnie! Śmiertelny covid 19? Ja nie wiem, co to znaczy lęk! Kpię sobie z niebezpieczeństwa! Ha ha ha…”

Po tym ogromnym akcie odwagi – mam na myśli zaprowadzenie dziecka do szkoły, a później odebranie go z niej – moje zasoby energii prawie się wyczerpały. Ucieszona, że smark nie ma nic zadane, zakopałam się w poduszkach i głowa zrobiła się ciężka… Obudziłam się po jakimś czasie (bliżej niezyidentyfikowanym), było nadal jasno, ale bajki nie leciały, chłopaków nie było… Pomyślałam „pewnie ładnie się razem bawią”… Ale wszyscy, którzy mają dzieci, wiedzą, że cisza nigdy nie jest oznaką niczego dobrego. Niechętnie podniosłam swoje cztery litery i skierowałam się do ich pieczary… I prawie umarłam.

Ich pokój wyglądał jak fabryka LEGO. Pojemnik z klockami rozwalony, po biurku i po podłodze walały się szczątki po małych pojazdach, samolotach i innych… Mam tu na myśli małe zestawy do budowania, dla dzieci w wieku od 5-6 lat, które zostały chłopcom w przeszłości podarowane/kupione, które sami złożyli a później sami się tym bawili tak długo, że pogubiło się w kij elementów. Albo po prostu spadły im sto razy na podłogę i się rozleciały.

Mieliśmy też ogromny karton z klockami LEGO, które oddała chłopcom, moja kochana starsza siostra. Nie wiem, czy już wspominałam tutaj, że syn mojej siostry był pierwszym dzieckiem w rodzinie i wszyscy (NAPRAWDĘ WSZYSCY) przyłożyliśmy rękę do maksymalnego rozpieszczenia jej dziecka. Także mój siostrzeniec, będąc w wieku 7+ uwielbiał zbierać LEGO: LEGO Ninjago, LEGO Technic, LEGO Star Wars, LEGO City… I nie wiem co tam jeszcze. I tak, na każdą okazję, ale często także bez okazji, dostawał klocki. On składał je o razu, najczęściej razem z dziadkiem, a później takie złożone sobie stały i stały i zbierały kurz. Aż w końcu chłopak pokochał gry komputerowe i z ogromnej dobroci swojego serca, zgodził się oddać swoje praktycznie nieużywane klocki, kuzynom. Także ten ogromny karton z tymi klockami, stał pod oknem w ich pokoju, bo naturalnie, że nigdzie indziej miejsca dla niego nie znalazłam.

Wracając do historii z pokojem i rozwalonymi LEGO. Tak więc, patrzę na ten bałagan i widzę, że ów karton jest otwarty. Widzę nawet podarte kartoniki od niektórych krążowników, kilka kupek porozwalanych klocków, pośród których wyłaniają się jakieś kształty, powstałe najprawdopodobniej z samodzielnej próby złożenia tego ustrojstwa. Tylko z szacunku do mojej siostry, nie wzięłam wora na śmieci. Miałam ochotę wykopać te klocki we wszystkie strony świata, trochę nimi porzucać dookoła, najlepiej w dzikiej furii, a później na sam koniec zgarnąć do wora i teatralnie wyrzucić przez okno. Niestety mieszkamy na samej górze w bloku, a worek pewnie by wpadł komuś z sąsiadów na balkon albo na ogród. A po co się później tłumaczyć z chwili słabości. Już i tak pewnie mają naszą rodzinę za wariatów.

Tak więc, po jakiejś 5minutowej pogadance (czytaj. 5minutowe darcie papy, przerwane nagłym atakiem kaszlu), pozbierałam z chłopcami ten klockowy syf i instrukcje, podzieliłam mniej więcej na odpowiednie zestawy i układaliśmy wszyscy lego. Pozostałe klocki, do których nie zdążyli się dotrwać, powrzucałam z powrotem do kartonu i zakleiłam taśmą. Jak jakaś psycholka, zakleiłam go milion razy w każdą stronę! Ja taśmy nie żałuję. Trzeba go dobrze zakleić! Tak, aby te małe paluchy już tam nie gmerały! To, co już mieli i co dziś porozkładali wystarczy im na najbliższe pół roku zabawy!!!

Pan mąż zastał nas pośrodku tej klockowej rozpierduchy. „Okej, nawet nie pytam” i zniknął z pola widzenia. Pewnie pomyślał, że muszę być strasznie wkurwio… zdenerwowana i lepiej nie wchodzić mi w drogę. Sprytne posunięcie. Także zabrał się za jakąś kawę, aby nie rzucać się zbytnio w oczy. Zmęczona i wkurzona siadam w końcu na salonową sofę, a mój mąż beztrosko podaje mi herbatkę i mówi: „Kochanie, wiem, że dziś są walentynki. Nie kupiłem Ci żadnych kwiatków bo i tak już wszystkie były jakieś takie zdechłe. Ale wiem, z czego się bardziej ucieszysz, i dlatego zrobiłem Ci przelew!”

Kurtyna.

5 comments

  1. U nas Lego na topie, tylko brak miejsca na układanie kolejnych złożonych pojazdów. Ale ilości nie takie, jak u Was, więc wnerwu brak 😉 Przelew się przyda, jednak mąż mógłby coś bardziej romantycznego w taki dzień ogarnąć 😉 Mimo wszystko super, że pamiętał!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s