Karma wraca

Po ostatnim, bardzo trudnym dla mnie czasie, życie nabiera nowych barw. Idzie wiosna i czuć ją w powietrzu. Nadchodzą słoneczne dni. To nic, że w nocy temperatura wynosi -5, czyli mniej niż zimną (wtf?), ale ważne, że dni są ciepłe i coraz dłuższe.

Stary ostatnio odważył się zażartować, że to ja (ja???!!!) jestem najsłabszym ogniwem w naszej Familii, w naszym czteroosobowym teamie. Czujecie to? Dyskryminacja, ze względu na płeć, jak się patrzy! Okej, może i męczył mnie pocovidowy kaszel 2 tygodnie, i przeszłam to najgorzej (i najdłużej) ze wszystkich, ale nie zapominajmy, że paliłam w przeszlosci pety… przez jakieś 10 lat (może ma to jakieś znaczenie… nie wiem, nie sprawdzałam, ale myślę, że ma i to znaczące)! I udało mi się przecież rzucić! Kto z nich ma tak silną wolę! No kto? No i może miałam też ostatnio problemy z układem pokarmowym (nie do pozazdroszczenia), ale żeby od razu… tak z grubej rury… „najsłabsze ogniwo”… Po tym wszystkim, co dla nich robię?

Wtorek:

Z samego rana „najsilniejsze” ogniwo w rodzinie, dzwoni i płacze w słuchawkę:

– Chyba za dużo zjadłem wczoraj obiadu. Ciągle mi się odbija. I mam mega rozwolnienie!!! Jesu, chyba umieram!

Oho! dopadło starego. Krrma wraca, szach mat! Jego opis był wprawdzie bardziej dokładny i obrazowy, ale oszczędzę wam szczegółów. Nawet byłoby mi go szkoda, gdyby się wczoraj ze mnie nie naśmiewał. Biedny, silny, męski organizm nie radzi sobie z jakimś tam wirusikiem czy zatruciem (nie wiadomo co dokładnie grasuje w „powietrzu”). Gdy wrócił z roboty, rzucił się na sofę. Leży i umiera. Chorzy faceci bywają zabawni.

– Czas już na mnie. Zawołaj dzieci, muszę się z nimi pożegnać – wyciąga rękę ku sufitowi, jakby to było królestwo niebieskie, które go wzywa do siebie na wieczny spoczynek.

Patrzę na niego i śmiać mi się chciało. Może zadzwonić, po ostatnie namaszczenie? Może chce wyznać swoje grzechy przed śmiercią? Zmienić testament?

– Może zrobić Ci kisiel? Herbatę? Chcesz coś?

– Już nic nie jest w stanie mi pomóc. Pamiętajcie o mnie! Ale tylko same dobre rzeczy!

Następnego dnia czuł się trochę lepiej. Na szczęście! Za młoda jestem na zostanie wdową.

Czwartek:

– Mama, ja nie zjadłem wszystkich malin, które mi dałaś do szkoły – Informuje mnie dzieciak nr 1, w czasie drogi ze szkoły do domu. Szok. To dziecko nigdy, przenigdy nie odmawia żarcia, zwłaszcza owoców, takich jak truskawki, maliny czy borówki. Ba, on może zjeść i cały kilogram zupełnie sam.  Po kryjomu, aby nikt mu nie zabrał choćby jednej sztuki. Bo co to, taki kilogram? Więc patrzę na niego podejrzliwie, ale wyglądał raczej normalnie. Mam na myśli, że tak, jak wygląda zazwyczaj. Marudził tylko trochę bardziej. Ale takie wahania nastroju są często spotykane, mimo, że chłopak nie doświadcza PMSów.

Po powrocie do domu, zabrałam się za robienie żarcia na wyjazd – smażenie racuchów. Pomyślałam, że nawet, jak dzieciaki teraz zeżrą połowę, to i tak trochę zostanie. Mieliśmy przecież jechać do Polski. Krzątam się po kuchni, zdziwiona, że w salonie nie ma moich potomków, że nie chcą nic oglądać w telewizji i co najważniejsze – nikt nie jęczy, że ma pusty brzuch. Dziwne. Jakiś czas później przybiega najmłodszy w rodzinie.

– Mama, mama. Dużego boli brzuch.

Oho, a to ciekawe. Idę do ich pieczary, patrzę, leży na łóżku, dokładnie tak samo, jak jego ojciec przed paroma dniami.

– Boli Cię brzuch? – pytam.

– Tak! – odpowiada, chyba ze łzami w oczach, nie widziałam dokładnie, bo jestem ślepa.

– Dlaczego? – spytałam, bo myślałam, że powie coś w stylu, że jest głodny.

– Bo ja tu leżę sobie i słyszę, jak młody się bawi i ciągle gada. On gada i gada. Dlatego mnie boli brzuch.

A ok. Wszystko jasne. Brat mu przeszkadza w egzystencji. Trudno, nic nowego. Usmażyłam już z 8 placków (4 zjadłam sama), gdy przyuważam dzieciaka nr 1… Lezie, ciągnąć za sobą szkity, siada ciężko na kanapie i przykrywa się kocem.

– Co tam synu? Chcesz placka?

– Nie, chciałbym sobie tu poleżeć, bo tam jest ten dźwięk głośny.

Ani bajki, ani żarcia, ani żadnych pretensji do świata, jakie jego życie jest ciężkie i niesprawiedliwe. To już było nienormalne zachowanie. Podchodzę do niego, czoło ma gorące. Nie miał za wysokiej temperatury, raptem 37, ale brak apetytu, był wyraźnym sygnałem, że dzieciak jest chory.

Nigdzie nie pojechaliśmy. Przez następne dwa dni chłopak leżał, uskarżając się na każdy usłyszany dźwięk (Czy wy musicie tyle chodzić? Nie chce słyszeć żadnych dźwięków! Czy on musi się tu bawić? Czy wy musicie tu mieszkać?). Zauważyłam ogromne podobieństwo ojciec – syn. Niedaleko pada jabłko… chyba już to kiedyś mówiłam…

Poniedziałek:

Godzina 7:05, szykujemy się do szkoły. Dzieciak nr 2:

– Mama, boli mnie brzuch…

Chibi sad

11 comments

    • Moj syn dziś rano „Mamo, boli mnie brzuch i nie mogę iść do szkoły! Ale bez obaw! Jutro już nie będzie mnie bolał.” Także tego 😅😅

      Polubione przez 1 osoba

  1. U mnie mówią „jelitówka”, zakaźna, trzeba trzymać dietę, ale po trzech dniach przechodzi. I najważniejsze, nie jest śmiertelna 🙂
    Pozdrawiam

    Polubienie

  2. Jelitówka boli, fakt, ale po niej na jakąś chwilę człowiekowi – kobiecie pojawia się coś na kształt wcięcia w tym miejscu zwanym ze starożytnego talią… (zawsze mnie bawił ten zbieg okoliczności, muza komedii, psiakość 😉 )

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s