Miły obiadek

Nigdy nie wiem, co zrobić na obiad. Gotować ogólnie nie lubię (nie umiem), a i głowa wiecznie pusta – pomysłów w niej brak. Mąż, zabierając wczoraj dzieciaka na zakupy, pyta „co kupić na obiad?” A skąd ja mam wiedzieć, co wy chcecie jeść na obiad? Dzień w dzień ten sam problem: co zjeść, aby nie było za nudno, aby nie było wciąż to samo, aby było dobre i zdrowe i żeby każdy zjadł… A dzieciak nr 2, to żre same ziemniaki, więc może zrób coś z ziemniakami, a może teraz jakaś zupa (tu zazwyczaj debata przeradza się w prawdziwą kłótnię, bo każdy chce zjeść inną zupę!) Nie pamiętam, aby moja matka miała takie problemy obiadowe. Albo, żeby starsza siostra mnie skopała, bo ona chciała grochówkę, a ja wolałam ogórkową… Bitwa o zupę? Koncert życzeń?

Kupili mięso wołowe (bosz!), a to kojarzy mi się tylko z gulaszem. Nic innego (a przy tym jadalnego) i tak nie potrafię z tego zrobić. Zasmucona, że będę pichcić obiad całą wieczność, użalałam się nad sobą koleżance na Whatsappie. Akurat pisała, że każdy u niej na chacie je coś innego i każdemu z osobna coś przyrządza. Jak ja zazdroszczę jej tych chęci! Takiego dbania o swoją rodzinę! Ja to bym najbardziej chciała, aby to dla mnie gotował ktoś inny. Wystarczy mi tylko obiad! A z resztą posiłków w ciągu dnia, jakoś bym sobie poradziła. Kanapka z dżemem na śniadanie i kolację jeszcze nikogo nie zabiła.

Tyle tylko mojego szczęścia, że pan mąż i dzieciak nr 1 jedzą prawie wszystko. To są prawdziwe mało wymagające utylizatory – i jest to naprawdę duży plus. Ale za to młody smark, odkąd skończył dwa lata, ciągle marudzi przy żarciu: „a ten ziemniak ma tu jakąś czarną kropkę”, „a co w tej zupie pływa?”, „a dlaczego ta szyneczka tak dziwnie wygląda?”, „a ten banan ma tu brązowe?”, „a dlaczego ten makaron dziwnie smakuje?” – bo jest bez glutenu, kur..de! Ojcu się pomyliło i kukurydziany kupił, wygląda jak normalny przecież! Każdemu by się pomyliło!

Aby nie było, że marudzi tylko przy obiedzie, to powiem, że z niektórymi słodyczami też ma problem. A właściwie z większością słodyczy: „a co ta czekolada ma w środku?” gdy ktoś częstuje go czekoladą z nadzieniem, albo skomplikowanym (czytaj warstwowym) batonikiem. „Nie lubię tego białego kremu” – jak je torta, którego sam sobie wybrał na urodziny. Dobra, w tym przypadku, to są ogromne plusy, będzie więcej dla mamusi i tatusia, bo akurat my uwielbiamy torty.

No i koleżanka mi mówi, że właśnie sos pieczeniowy zrobiła, że taki dobry, i że jej córa go po prostu uwielbia… Zaintrygowana pytam: „W termomixie robiłaś? Ten sos…?” No tak! Eureka! Może nie będę musiała stać przy patelni i doglądać co jakiś czas mięsa (Strasznie to męczące). Fakt, w przepisie na ten „cudowny sos” jest karkówa, zamiast wołowiny, ale pomyślałam, że wydłużę czas gotowania i też będzie dobrze. Co może pójść nie tak?

Eeee… Wszystko. Mięso gotowałam dwa razy dłużej niż w przepisie, ale i tak, na koniec przerzuciłam całą zawartość naczynia, do normalnego gara i w tradycyjny sposób kończyłam gotowanie. Ziemniaki dawno się ugotowały, a to wołowe ustrojstwo wciąż, jakby niezdatne do spożycia. Trudno, nic więcej już z tym nie zdziałam. Miałam tylko nadzieję, że nikt się nie otruje. Nałożyłam najmłodszemu same pyry (nawet nie wiedział, jaki dziś z niego LuckyBoy), sobie i pierworodnemu pyry z „mięsem”, sosem i surówką… Tak, koleżanka miała rację, sosik pycha! Ale mięso było okropne! Twarde… żylaste, gumowate i wiele synonimów słowa „obrzydliwe” bym znalazła. Koszmar! To nie był pierwszy raz, kiedy thermomix przy gulaszu czy innym czerwonym mięsie, zawiódł na całej linii. Spoglądam na dzieciaka nr 1 – je normalnie. On je. Wkłada mięso do buzi i żuje, żuje… żuje… połyka i nic nie mówi. Bierze następny kawałek mięsa i sytuacja się powtarza. Wytrzeszczam gały z niedowierzania. Niemożliwe! Jak on to robi? Czy my jemy to samo? Dziecko złoto! Przyglądam mu się dokładnie, bo coś mnie zaintrygowało… na jego buzi… czyżby się pomazał czymś? Zbliżam swoją twarz do jego twarzy (pewnie pomyślał, że mamusia zwariowała już do reszty) i patrzę… a on jest podrapany na całej facjacie! Ogólnie, to na co dzień jestem ślepa, szkła kontaktowe zakładam tylko, gdy idę do pracy, albo gdzieś muszę jechać autem.

– Co ci się stało? – pytam, pokazując palcem ślady na jego buzi.

– No bo ja się dziś bawiłem, i rozkładałem kociaki* na podłodze, i przyszedł brat i mi kopnął grę, i to się wszystko rozwaliło, to się wkurzyłem i pobiegłem go też kopnąć, ale ja mu tylko oddałem, bo to on pierwszy zaczął, bo mi grę kopnął, a on mi powiedział, że go to nic nie bolało, że ja jestem głupi, to ja jemu powiedziałem, że to on sam jest głupi, a on, nie, że to ja jestem bardzo głupi, a ja się wkurzyłem i powiedziałem mu, że powiem wszystko mamie, i ja już szłem…

– Szedłem!

– …szedłem, aby wszystko mamie powiedzieć, a on mi „nieee, tylko nie mów mamie” i wtedy pociągnął mnie za rękaw, a ja nie chciałem, aby on mnie ciągał za rękaw, i mu powiedziałem „zostaw mnie w spokoju”, a on, abym nie mówił mamie, a ja powiedziałem, że nie, że wszystko powiem i że idę do mamy, a on nie idź, a ja „poszłem” i on mnie wtedy podrapał.

Za dużo informacji. Za szybko. Westchnęłam tylko i wróciłam do jedzenia… eee to znaczy do przeżuwania mięsa. Żułam i żułam, prawie jak gumę do żucia… I nagle myślę „dość!” Nie będę tego jadła. Niepostrzeżenie wpakowałam do buzi kawałki mięsa, które zostały mi na talerzu (zawsze nakładam sobie mało, aby dzieci widziały, że jem, ale sama nie przepadam za czerwonym mięsem) i jakby nigdy nic, poszłam do kuchni, niby po wodę, a przy okazji wyplułam to paskudztwo do śmieci. Wróciłam ze szklanką wody, zadowolona, że nikt się nie pokapował. Nie chciałam obrzydzać dzieciakom jedzenia, a skoro smakuje komuś innemu, to co się będę odzywać. (Teraz, gdy to piszę, zastanawiam się, czemu nie poszłam po prostu z talerzem, aby dołożyć swoje mięso do porcji, zostawionej dla starego, pod pretekstem „dolania sosu”…) Siadam z powrotem do stołu, wzrok kieruję teraz na swoje najmłodsze dziecię, a ten, nad prawym okiem siniak wielki jak oko Quasimodo, tylko jakiś taki blado fioletowy. Może różowo – fioletowy. Pastelowy róż z odcieniem wrzosa – nie wiem co ja pierdziele, zupełnie nie znam się na kolorach!

– A tobie co się stało w oko? – pytam.

– Tu? – pokazuje palcem na wielką, fioletową piz.de – A, to nic. Uderzyłem się o łóżko. Mówiłem Ci przecież rano!

Jesu! Być ślepym, to być też nieświadomym. Dzieci wyglądają, jakby musiały toczyć walki o pożywienie. A gdzie w tym czasie byli rodzice? Gdzie była matka? Matka, to nawet nie zauważyła, że dzieciak ma śliwe nad okiem. Ale przynajmniej była trzeźwa. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

„Pleh”

Odwracam wzrok i patrzę jak pierworodny wypluł na talerz wielki kawał przeżutego mięsa. No, jakby on to połknął, bankowo musiałabym karetkę wzywać.

– I kto to teraz zje? Może tata? – spytał, jak gdyby nigdy nic.

W naszej rodzinie, jak pewnie w większości rodzin, tatuś jest ostatnim ogniwem, zaraz przed śmietnikiem. Ostatni przystanek. Jak tata nie zje, to trzeba wywalić.

– Nie, synu. Tatuś nie je przeżutego i wyplutego mięska. Jak już nie chcesz, to możesz ten kawałek wyrzucić.

I tak zjadł prawie wszystko, co mu nałożyłam. Nie będę zmuszała dzieciaka do jedzenia czegoś, czego sama nie zjadłam. Pogodziłam się ze swoją kulinarną porażką. Trudno, sławną restauratorką, to ja nie będę. Chyba wrócę do robienia zup. Bezpieczniejsza opcja I jarzynową można jeść na zmianę z rosołem, pomidorówką, kapuśniakiem i ogórkową. A na weekend bonus – kotlety. I od poniedziałku to samo….do porzygu.

Chibi eating

* Kociaki – gra planszowa.

21 comments

  1. Pamiętam czasy w Stanie Wojennym jak się gimnastykowałam z obiadami i musiałam kombinować jak koń pod górę. Kość na zupę, to był rarytas, a drugi to mielonka z puszki i na tym zrobiony sos.
    Jakże czasy się zmieniły i pojawiło się marudzenie,

    Polubione przez 1 osoba

    • Ja pamiętam, jak ojciec właśnie te czasy opowiadał, zawsze jak któraś z nas marudziła, że coś nam nie smakuje. Ale moje młodsze dziecko to jakaś masakra! Wychowuje obu tak samo, nie wiem, w którym momencie coś poszło nie tak 🧐

      Polubienie

      • On taki po prostu jest specyficzny chyba, ale warto mu podsuwać tematy, że na świecie głodują dzieci. Ale zrobisz jak zechcesz.

        Polubienie

      • My rozmawiamy z nim dużo na ten temat. Próbowałam wszystkiego, nawet taniego przekupstwa – aby dać mu to, na czym najbardziej mu zależy- obecnie jest to granie na tablecie, albo kupienia czegoś. Niestety te próby zawsze kończą się płaczem i histerią. Z zupy wyjadą tylko to, co lubi, marchewkę nawet najdrobniej posiekaną zostawia. Przed jego „żywieniowym buntem” jadł wszystko. Mam nadzieję, że kiedyś mu to minie.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Odpowiem Saguli: urodziłam się w 1965roku. Byłam niejadkiem. Ojciec i matka chwytali się wszystkiego. Od przekupstwa po groźbę lania. Tłumaczyli. Prosili. Tak, argumentu o głodzie na świecie też używali. Oraz tych „nie wstaniesz od stołu póki nie zjesz” ” „nie dostaniesz nic innego jak nie zjesz tego co masz na talerzu”. Kiedyś nawet pozwolili mi wsypać pół cukiernicy cukru. Do zupy ogórkowej. Której i tak nie zjadłam.
    A ja nie jadłam niczego co wg mnie było obrzydliwe. Nie znosiłam rzeczy nieznanych, na szczęście wtedy pojawiały się rzadko.
    NIENAWIDZIŁAM MIĘSA. Było obrzydliwe. Kartofle były obrzydliwe. Sos był obrzydliwy. Na zapach zupy grzybowej i mleka „prosto od krowy” do dziś mam odruch wymiotny. Do dziś jak obieram ziemniaki pilnuję by nie została na żadnym ani jedna kropka. Do dziś nie jadam rzeczy których nie znam. Do nieznanego warzywa/owoca/kluski mogę się dać przekonać. Do mięsa – nie.
    Myślisz, że to było łatwe? Że to…nie wiem… fanaberia rozpieszczonego bachora? Myślisz, że da się to zmienić jakimkolwiek argumentem?
    To przypadłość i nawet ma nazwę: fobia żywieniowa. Szkoda, że wtedy nikt o tym nie wiedział. Może uniknęłabym np. karmienia na siłę w przedszkolu. I spektakularnego zrzygania się chwilę później wprost do talerza z którego mnie nakarmiono wątróbką (też do dziś mam odruch wymiotny).

    Mam nadzieję, że synek autorki zwyczajnie przechodzi fazę rozwojową, i wyrośnie na człowieka, który je wszystko. Może zwyczajnie nie lubi mięsa. Argument o głodzie na pewno go nie skłoni do polubienia.

    Polubione przez 1 osoba

    • Ja, jako dzieciak nie cierpiałam zupy mlecznej w przedszkolu. Masakra jakie to było dla mnie okropne. I dzień, w dzień zaczynałam swoją przygodę w przedszkolu od płaczu nad zupą mleczną. Z szynki odkrajałam żyłki, z kotleta jakieś ścięgna. Mieliśmy psa, to mu rzucałam. Wątróbki, to nawet mój mąż nie lubi, w mojej rodzinie też nikt, więc mama tego nie robiła. Teraz, kiedy sama decyduję co będziemy jeść, to też ogladam szynkę zanim ją wrzucę do koszyka 😂😂 Nie jest to taki stopień zaawansowania, jak u mojego.dziecka, ale mąż też się dziwi. Kiedyś u mojej mamy na obiedzie były ziemniaki polane masłem czy innym tłuszczem. Nie były matowe, ale sie błyszczały. I mój syn wycierał każdy ziemniak ręcznikiem papierowym – miał wtedy 5 lat. Teraz ma 6.

      Polubienie

      • Ha! Daj mu spokój. Nie namawiaj, nie przekonuj, a już boże broń: nie zmuszaj. I nie pozwól nikomu innemu. Lepiej jak zje jednego suchego kartofla z własnej woli niż miałby z przymusu zjeść wszystko z talerza. I wyrzygać wszystko w tajemnicy.
        Rozmawiaj. Pytaj czemu to nie, a tamto tak.
        Jest jedno powiedzenie jakiegoś starego specjalisty pediatry: zdrowe dziecko nigdy nie zagłodzi się na śmierć. Nic mu się nie stanie jak nie zje mięsa. Nie umrze z wycieńczenia i anemii.
        Zresztą zauważyłam, że wiele dzieci nie lubi jedzenia mieszanego. Jedzą albo kartofelki i surówkę. Albo thylko mięso.
        Tak jak sugeruje dieta rozdzielna, która podobno jest bardzo zdrowa.

        A swoją drogą jak to dobrze, że ja już nie muszę gotować.

        Polubienie

  3. Nie wiem czy macie psa, ale jeśli nie to powinniście sobie sprawić, bo one są idealne do jedzenia resztek, szczególnie mięsnych, ze stołu 🙂 Ja wołowiny ogólnie unikam, bo naprawdę trudno ją dobrze przyżądzić. Jednak wolę wieprzowinę, albo gotowanie tradycyjnych, polskich zup, bo tu trudno coś sknocić 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Nie mamy psa, bo: dzieciaki się boją psów, kto by z nim wychodził? Ja? No way! Miałam ostatnio 3 tygodnie psa u siebie- zresztą mam styczniowy wpis o tym (gdybyś chciał poczytać) I z mojego życiowego doświadczenia wiem, ze NIGDY żadnego juz nie kupie. Wolę resztki wywalać 🤣🤣

      Polubione przez 1 osoba

  4. Mam w rodzinie mam dwójkę dzieci, rodzeństwo: jedno je chętnie, lubi próbować, interesuje się, upomina się, jak jest głodne; drugie ma milion zasad (żadnego sosu, żadnej śmietany w zupie, żadnego smarowidła na chlebie itd. – to chyba częste u dzieci) i uprzedzeń i jeść ogólnie nie lubi, będzie siedziało głodne i złe, ale nie zje, bo obrus brzydki (taki argument na własne uszy usłyszałam) albo faza księżyca nie taka, a przy tym jest małe i drobne, więc każdemu zależy, żeby jednak coś jadło. I nic nie zrobisz (tego, że zależy, też nie powinno się specjalnie okazywać). trzeba mieć po prostu dużo cierpliwości. Bywa gorzej, bo jednak produkty na liście jadalnych ma różnorodne i i warzywa, i białko się znajdzie.
    Ja ogólnie tej niechęci do jedzenia nie rozumiem, bo czasami bym chciała nie mieć apetytu (po covidzie długo nie miałam, dziwne uczucie ;)), ale jakieś swoje uprzedzenia również mam – są rzeczy, które mi przez usta nie przejdą. I mimo że mam słaby wzrok i jestem mało spostrzegawcza, niepożądane elementy w jedzeniu zawsze wypatrzę – a jak się niewidoczne, to wyczuję. 😛 A, no i tak jak pisałaś w jednym komentarzu, zawsze odcinałam żyłki i widoczny tłuszcz z mięsa i szynki. Teraz już szynki od dawna nie kupuję, ale jak mi się zdarzało, to też najpierw musiałam się dobrze przyjrzeć. 🙂 W wieku może dziewięciu lat naszła mnie refleksja, co to są te białe kropki w salami i od tej pory już go nie jem, chyba że takie mocno wypieczone na pizzy. 😀 Zupy mlecznej też nienawidziłam – jak pojechałam do sanatorium i codziennie była na śniadanie, to zwyczajnie nie jadłam śniadań.
    A wołowina to chyba jedno z trudniejszych mięs, co też oni wymyślili, żeby to kupić. 🙂

    Polubienie

    • To ja mam właśnie taką dwójkę synów. Jeden je prawie wszystko a drugi tylko swoje ulubione. Mój ojciec mówi, że młody to moje odbicie lustrzane, ale jakby takie 2x większe. I tak jak mówisz, szynkę zje, kiełbasę zje gotowaną (jak ma ochotę) ale kotleta już nie. Chleb tylko z twarożkiem albo szynką ale bez masła! I dużo takich przykładów by się znalazło.
      Ja naprawdę nie lubie robić obiadów. Zupe to jeszcze, ale różne mięsa? Jeszcze pod postacią pulpetów z czymś w środku to ok, ale takie same kawałki mięcha w sosie… jakoś taki obiad nie zachęca mnie samej. Zwłaszcza że mąż i syn uwielbiają do mięsa mizerię, a ja po prostu rzygam już mizerią, a tak w ogóle to też za bardzo jej nie lubie 🤣🤣 marzy mi sie dieta pudełkową w niskiej cenie.

      Polubienie

  5. Właśnie niedawno do mnie dotarło, że część obecnego życia sprowadza się do odwiecznego – co na obiad? Mój syn też z tych zauważających każdą kropkę na ziemniaku, wybierający najmniejszy kawałek marchewki z zupy. Nie jedzący (wraz z mężem) zbytnio warzyw i owoców innych niż jabłko czy banan. Najchętniej obaj zajadaliby tylko frytki i mięso – na okrągło. Przemycam więc warzywa, kombinuję jakieś twory z tego mięsa i ziemniaków. A sama najchętniej jadłabym zupełnie inaczej. Powodzenia!

    Polubione przez 1 osoba

    • Właśnie, bardzo dobrze powiedziałaś, sama jadłabym inaczej. Ostatnio zakupił stary jakiś kawał miesa wołowego z kością- zupe zrób na tym. Bosz jak to mięso mi… brzydko pachniało podczas gotowania, zupa później dziwnie smakowała… a mąż i pierworodny po dokładce, jak jedli to gotowane mięso z zupy zachwyceni… ale za duzo dobrego, powiedzialam, że teraz ja będę wybierać mięso do obiadu i koniec i kropka. 😅😅

      Polubione przez 1 osoba

  6. Wy o dzieciach a ja m na stanie Włocha i to jest dopiero pytanie co gotować. Masakra. Oduczył mnie lubienia gotowania. Też teraz w kraju nic nie gotuję. Kupuję pierogi i jem chleb z czym lubię. I życie jest piękne. A niejadka miałam. Wyrósł i przeszedł na wegetarianizm. Ale to już nie mój problem na szczęście.

    Polubione przez 1 osoba

  7. Nikt mnie nie zmuszał do jedzenia i ja swoich dzieci nie zmuszałam. Czy nie wolno człowiekowi czegoś nie lubić? Przecież dziecko też człowiek.
    Nie lubiłam kiedyś pieczywa, grzybów, zupy mlecznej z marchewką.
    Moim zdaniem argument o dzieciach głodujących jest poniżej pasa lub … można wykorzystać… jak one głodują to i ja jeść nie będę.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s