Nowe mieszkanie

Tak, wiem. Miałam dać sobie na luz. Dać trochę odetchnąć staremu, bo ciągle coś wymyślam, coś  ciagle mi się nie podoba. Ale to silniejsze ode mnie!

Starałam się polubić obecne mieszkanie. Naprawdę się starałam. To nie moja wina, że nie potrafię. Źle się tu czuję. I wmawianie sobie, że jest inaczej, nic nie daje. Nic, a nic!

Od kilku dni przeglądam strony z nieruchomościami i jestem (delikatnie mówiąc) załamana. Moje szanse na znalezienie czegokolwiek w miejscowości, w której pracuje stary, są na równi zera. Tu mamy oś x-ów, tu oś y-ów, a moja szansa leży DOKŁADNIE na osi X. O właśnie tam. Optymista powiedziałby: nie jest tak źle, zawsze mogłoby być gorzej! I miałby skurczybyk rację, bo jakbym, na przykład miała jeszcze psa albo kota, to moje szanse nie byłyby zerowe. O nie! Wtedy byłyby wręcz minusowe – znajdowałyby się pod osią X-ów. Nie jest tak źle… tak, oczywiście, powtarzaj, aż uwierzysz.

Chibi teacher nauczyciel

Swoje wymagania w stylu „chcę mieć teraz cztery pokoje i ogródek” mogę odłożyć na półkę, razem z listem do świętego Mikołaja. Można mieć takie mieszkanko, ale jest to jednoznaczne z czynszem w wysokości 1500-1700€ + prąd. I to ja mówię o średnim standardzie, bo ceny takich lokali w wysokim standardzie potrafią być większe, niż cała wypłata starego. Niestety, dopóki nie pracuję na cały etat, nawet nie myślę o takich opłatach. Nawet jakbym pracowała, to bym nie wynajęła takiej chaty… no, chyba, że bym została prezeską Bayernu i na konto wpływałaby mi kwota 5 cyfrowa. Bym się pewnie zastanowiła… ale, ale! Zejdźmy na ziemię.

Pierwsze mieszkanie, które oglądaliśmy, było stosunkowo blisko roboty starego. Ot, spacerkiem, albo rowerkiem mógłby do pracy śmigać. Pokładałam w nim duże nadzieje, bo koszty najmu były bardzo zbliżone do naszych obecnych. Z miejscem parkingowym może by wyszło nieco więcej. A jak wiecie, ja MUSZĘ mieć SWOJE prywatne miejsce do parkowania. Pod domem gdzieś na ulicy, przytulona do krawężnika nie zaparkuje… w życiu! Po pierwsze, bo nie umiem, a po drugie… BO NIE UMIEM! Tak, ja musze wracać do domu ze spokojną głową, że moje miejsce parkingowe będzie puste.

Niestety, mieszkanie bylo brzydkie (nie, żeby obrzydliwe, raczej po prostu nieładne). Od samego progu jebało na maxa strasznie cuchnęło fajami. Był to problem, bo mimo pootwieranych wszedzie okien, czuć ten smród. Ściany przeszły dymem na dobre. Drugim problemem był nieciekawy układ mieszkania. Salon niby duży, ale bardziej precyzując, raczej wąski i długi. I ciemny. Oglądaliśmy mieszkanie, kiedy akurat słońce schowało się za chmurami i na salonach, to panowała ciemnica jak diabli, mimo godzin południowych. Trochę za długie to pomieszczenie (jak tunel). Moje roślinki by poumierały… a i tak prędzej bym musiala połowę wywalić, bo by się tam wszystkie nie pomieściły. Większa sypialnia była od strony północnej (tak jak i kuchnia) i to jedyne pomieszczenie w ktorym by się zmieściła szafa na łachy i nasze łóżko. Też ciemne pomieszczenie, ale sypialnia może być ciemna. Drugi pokój miał ścianę, która w 100% była przeszklonym wyjściem na balkon. To były drzwi tarasowe, takie przesuwane na klamkę… no, nie znam się na tym. Takie same drzwi balkonowe były w salonie. I nie wiem czemu, ale jakoś nie wyobrażam sobie swoich smarków z takim dostępem do balkonu na 7 piętrze. Po prostu nie.

– I co? Podoba Ci się tutaj? – zapytał stary.

Widząc moją minę, odetchnął z ulgą, bo już się zapewne bał, że będzie musiał skrobać ściany i na nowo tynkować, aby pozbyć sie smrodu fajek… Poza tym, strasznie dziwny był sam ten blok. Wchodzisz do klatki i masz schody i windę. Na piętrze masz dwie pary szklanych drzwi – z prawej i lewej strony. Otwierasz je kluczem i wchodzisz na taki balkon, który jednocześnie jest korytarzem do poszczególnych mieszkań. Nie wiem czemu, ale idąc tym balkonem, wyobrażałam sobie swoje smarki, jak wracają, któregoś dnia ze szkoły i się zaczynają kłócić już w windzie. Chociaż znając ich, to by się zaczęli kłócić jeszcze w drodze do domu. Sama winda taka mała, że 3 osoby jak wejdą, to się dotykają klatami, więc nie trzeba się specjalnie wysilać, aby zainicjować jakąś przepychankę. Kiedy dojeżdżają na siódme piętro, to już lecą bluzgi. Otwierają drzwi na balkonowy korytarz i zaczynają się pierwsze rękoczyny. Najpierw jeden rzuca w drugiego workiem od sportu, później się popychają, szarpią i wypadają, ciągle się szarpiąc, przez balustradę. Jak na filmach. Siódme piętro. Nie ma co zbierać, zwłaszcza jakby przy okazji „zahaczyć” (czyt. walnąć) o jakiś balkon niżej – eeee, sorry, korytarz? balustrade? Wiadomo, o co chodzi! Wizja zakończona mokrą, krwawą plamą na chodniku.

Myślicie sobie „co za zrypana psycha!” Mam tak od dziecka. Często widzę w swojej głowie różne katastrofy. Na przykład, gdy przejeżdżam przez most. Jak wjeżdżam do tunelu. Nawet jadąc sobie po prostu autostradą. Jedzie sobie cysterna, za nią jakieś auto i później ja… I widzę w swojej głowie, jak ta cysterna eksploduje. Albo jadę sobie krajową drogą i jedzie jakiś dostawczak z kłodami. I naprawdę widzę, jak kłody zjeżdżają z tej paki, robiąc dziury w moim aucie. Takie przykłady mogłabym wymienić w nieskonczoność! Nie oznacza to, że się boję wyjść na balkon, czy wjechać do tunelu. Nic podobnego!

Mieszkanie nr 1 sobie odpuściliśmy.

Drugie mieszkanie miało być lepsze. Nie było zdjęć w ogłoszeniu, poza zdjęciem budynku, ale opis zachęcający. Cztery pokoje (duży plus), wydzielona część ogrodu, kuchnia w zabudowie, więc nie trzeba kupować swojej. Mieszkanie miało być w trakcie remontu, ale można było już oglądać. Lokalizacja gorsza niż tego pierwszego, bo jednak inna dzielnica, ale według map Google, najbliższa szkoła podstawowa była oddalona zaledwie o 500 metrów. Koszt najmu też większy, bo 1250€ + prąd, ale dla czterech pokoi, ogródka i szkoły w pobliżu, moglibyśmy nagiąć budżet. Kaucja też była dosyć wysoka, bo aż 3k €. Ale mowie do starego, że to pewnie dlatego, że będzie świeżo po remoncie i powinien się w sumie cieszyć, że on sam nie będzie musiał tego robić. Na hasło „I ty nie będziesz musiał tego robić”, mimika mu się zmieniła i widać było sporą ulgę.

Przyjechaliśmy na miejsce. Okolica bardziej wioskowa, niż moje obecne miejsce zamieszkania. Dzwonek do drzwi. Jakaś pani nam otworzyła i wyszła w bamboszach z chałupy i poprowadziła nas do… myślałam, sądząc po domkach znajdujących się obok, że ta wnęka, to jest wjazd do garażu, tylko inni mieszkańcy mieli jakby drzwi garażowe, a tam była … deska. No, taka decha, z jakiej Shrek machnął Fionie drzwi, aby mogła się schować przed zmrokiem. Kojarzycie? No i idziemy przez tunel, zawalony gruzem, dechami i innymi budowlanymi materiałami – swoją drogą, idealny byłby ten tunelik na garaż. A z tego tunelu, wychodziło się na małe podwórko z jeszcze większą kupą cegieł i gruzu budowlanego. Mieszkanie to chyba w trakcie budowy było, nie remontu. Wąskie schodki (takie, jak się do piwnicy robi) prowadziły na pięterko w jakiejś obskurnej przybudówce. Trochę mi to przypominało rozwaloną oborę cioci, na wiosce. Wspólny ogródek z właścicielami, już widzę jak opalam się tam toples nad basenem. Taki żart, ja się nie opalam, bo się obawiam nowotworu i starzenia się skóry, a dodatkowo opalanie potęguje mój rumień na twarzy. Nawet nie było sensu tego dalej oglądać. Za 1250€ to ja bym już chciała mieć swoją prywatność, chociaż głupi balkon z płotkami, a nie wystawiać pranie do ogrodu i niech się sąsiad gapi na moje gacie albo gacie starego. Zresztą gdzie tu jest parking? Musiałam zaparkować komuś pod chatą. Dobrze, że nikt policji nie wezwał, czy Ordnungsamtu. Nie mam zamiaru zamienic siekierki na kijek za tyle kasy. Podziękowaliśmy.

Mieszkania wchodzą i schodzą z portali raz, dwa. We wtorek, po świętach, z samego rana dodano na stronie dziewięć nowych ogłoszeń z mieszkaniami 3-pokojowymi +, a po południu już cztery z nich zostały deaktywowane. Zastanawiam się czy ktoś oglądał już tak szybko, czy wybrali pierwszych dziesięciu chętnych na oglądanie i wywalili ogłoszenie, aby telefon ciągle nie brzęczał. Za dużo ludzi tu mieszka. Znajoma powiedziała mi, że zna takich, co już trzy lata szukają większego mieszkania i do tej pory nie mogą znaleźć.

W piątek jedziemy oglądać jakiś domek, 5 pokoi, dzieci chętnie widziane, ale maksymalnie dwójka. Zastanawiam się, co mają powiedzieć rodziny z trójką dzieci. Niemcy nie kupują mieszkań na własność, raz, że to drogie, a dwa, że ludzie nie siedzą w jednym miejscu do końca życia. Modne są przeprowadzki. Tylko jak (jak??!), skoro w większości ogłoszeń mieszkań 3-pokojowych, o powierzchni 100m2+, zamieszczona jest informacja, że ta chata jest przeznaczona najchętniej dla pary, ewentualnie dla małej rodziny z JEDNYM dzieckiem. W latach 90. mówiło się, że rodzina z trójką dzieci, to już patola i dziecioroby (mama mi to opowiadała, bo nas było akurat trójka gówniaków), a teraz, jak masz dwóch smarków to już za dużo! Trzy pokoje to za mało! Sto metrów to za mało!

Do trzech razy sztuka.

12 comments

  1. Wiesz że to może być nałóg? 🙂 A co gorsze cierpi przez to facet, ale tak to już z nałogami jest, że cierpią i współuzależnieni 🙂 Jaka to różnica jedno dziecko w tą, czy drugą stronę. Rozumiem gdyby chodziło o dziesięcioro, bo wtedy to trzęsienie ziemi murowane, ale trójka? 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • To, akurat opowieść mojej mamy, mówiła, że i w rodzinie mieli nas za dziecioroby i patologię, mimo, że nigdy żaden zasiłek się rodzicom nie należał (za wysokie pobory). Ale dzieci mają znaczenie. Zwłaszcza tu w Niemczech. Gdy rozmawiałam z taką jedną Niemką o imieniu Sophie, ona mowila mi, że Niemiec uważa, że każdy dzieciak musi mieć swój pokój, nawet jak masz dzieci tej samej płci.

      Polubienie

      • W Polsce mamy inne podejście, ale nigdy nie byliśmy specjalnie bogatym narodem i gdybyśmy uzależniali liczbę dzieci od liczby pokojów, to nasz przyrost naturalny od dawna byłby ujemny 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  2. Katastroficzne wizje rozumiem. Może bez wybuchających cystern, ale na przykład kiedyś musiałam przejeżdżać przez pewien wiadukt, taki wysoki i zakręcający i jakoś sobie zwizualizowałam, jak z niego spadam (przy innych tego typu jakoś nie mam takich wizji). Ale jeździłam po nim później bez strachu, zresztą nie było innej drogi. 😉 Jako dziecko byłam lepsza, w drodze do babci zawsze się bałam, że zamiast na most wjedziemy do rzeki i utoniemy (dzisiaj patrzę na to miejsce i żeby tam wjechać do rzeki, to by się trzeba postarać), a każde molo i stare schody podejrzewałam o to, że się pode mną zarwą. 😉
    Raz w kolejce na punkt widokowy na Trzy Korony byli ludzie z takimi ruchliwymi dziećmi – obce dzieci, a ledwo to nerwowo wytrzymałam, gdyby to były moje, to bym je stamtąd natychmiast zwlokła na bezpieczny teren.
    W Polsce z mieszkaniem nie jest łatwo, ale dzieci to chyba nikt nie wylicza… Łatwiej pewnie, jeśli najemca nie ma, ale jak ma to już raczej jego sprawa, czy jedno, czy trójka. Ale też standardy dotyczące metrażu i liczby pokoi są inne.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Ciężarówka z metalowymi prętami , chemikalia , lód spadający z plandeki wpadający przez przednią szybę , zwierzę leśne typu jeleń lub łoś, wbiegający z chodnika pod koła smark po jego opiekunowie akurat byli w smartfonie…. Jazda samochodem bywa ekscytująca. A po powrocie do domu czają się szafki by spaść na łeb podczas wieszania…

    Polubione przez 1 osoba

      • W Warszawie na jednej z 3pasmowych ulic czają się na kierowców nurogęsi! Nawet komunikat nad drogą jest. Ponoć mogą być gorsze niż spotkanie z dzikiem…

        Polubienie

  4. Niesamowite perypetie. U nas odwrotnie, czyli poszukiwane są małe mieszkania ok. 40 m2, wiąże się to z ceną wynajmu, która także nie jest mała. Znajomym się poszczęściło, więc z dwójką dzieci za 1500 zł plus media i czynsz mają swój ciasny raj na ziemi.
    Zasyłam serdeczności

    Polubienie

  5. 7 piętro?! z galerią zamiast normalnej klatki schodowej? Oczywiście, że to generuje lęki. Że ktoś wypada, ża ja wypadam, że złoczyńca/zombie w nocy przyjdzie i wejdzie…
    Na mostach, zwłaszcza tych wysokich, widzę jak samochód przelatuje przez barierkę, albo jak most zaczyna pękać. Na wycieczkach widzę jak ktoś z moich spada ze skały… Przed snem też to widzę.

    Ale to nie każdy tak ma???

    Twoje poszukiwania mieszkań to tak samo jak moje…
    Samochód też pewnie będziesz kupowac jak ja 😛

    Polubione przez 1 osoba

  6. W Italii też nie lekko z mieszkaniem jakie by się chciało. Przeżyłam po trzęsieniu ziemi a i teraz to nie jest to. Ale nie chcę się przeprowadzać. Przez 3 lata 14 razy pakowałam walizki. Z hotelu do hotelu z mieszkania beznadziejnego do tego. Teraz tylko do własnego jeżeli go kiedyś w końcu zaczną remontować.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s