Coraz większa BUŁA

Budzę się rano. Staję na wagę. 55.1kg.

Przekroczyłam swój dopuszczalny próg bezpieczeństwa. Wiem, że ostatnio moje odżywianie nie należało do wzorowych… ale, jak sięgnę pamięcią, zawsze jadłam śmieci i tak nie tyłam, jak ostatnio.

To wina tabletek, na pewno! Piąty miesiąc biorę tabsy, głównie po to, aby uchronić się przed niechcianą ciążą. Chociaż w kraju, w którym aborcja jest dozwolona, nie ma aż takiej presji, ale przyznacie, że lepiej jednak zapobiegać… niż skrobać. Drugim powodem były nieregularne, bolesne i obfite krwawienia. Ta nieregularność była strasznie trudna do zniesienia, nigdy się nie wiedziało, kiedy nadejdzie. Może po czterech tygodniach, a może po dziesięciu… loteria… nic nie zaplanujesz. Przed urlopem akurar zawsze jest ten odpowoedni czas, że okres spóźnia się 10 tygodni, test ciążowy negatywny (zrobiony, jak zawsze, na wszelki wypadek), a tylko pójdziesz do WC przed wycieczką zrobić siusiu, aby po drodze nie korzystać z publicznych toalet… I masz takie WTF?? WHY??? I bierzesz żyletki starego i podcinasz sobie żyły (to żart, nigdy nie myślałam o samobójstwie z menstruacją w tle).

Ciekawe czy ta waga się zatrzyma, czy będzie dalej rosnąć. Muszę chyba trochę ogarnąć swój jadłospis… trochę go uporzadkować. Mam wrażenie, że też stary mnie tuczy po kryjomu i zwala winę na tabletki. Taka sytuacja poglądowa z wczoraj.

Wrócił z pracy i sam sobie odgrzał zupę w termomixie. W końcu go tej wysoce skomplikowanej czynności nauczyłam (trzeba aż włączyć, nastawić czas, temperaturę i mieszanie – 10 sekund roboty), bo jego „podgrzejesz mi” strasznie mnie wkurzało. Usiadłam obok i zaczęłam wyżerać mu bułkę, którą sobie wziął do zupy. Tak, wiem, żaden facet tego nie lubi, ale głodne kobiety tak, po prostu mają!

– Nalać Ci też? – pyta już lekko poirytowany, bo chyba zauważył, że jestem głodna…

– Poproszę – kulturalna, jak zawsze.

I on mi niesie pełny talerz zupy i do tego świeżą bułę. Zjadłam wszystko. Napchałam się, aż samarę mi wyrypało. Dobrze, że w dresach byłam. No, ale to tylko zupka: barszcz ukraiński i na dodatek bez fasoli, bo dzieciaki „fasoli nie lubią.” Sama woda z warzywami, przeleci raz dwa, to się zaraz przecież wysika. Po posiłku udałam się na kanapę pod kocyk (22 stopnie na dworze), aby móc trawić w spokoju. Ostatnio namiętnie śledzę postęp w sprawie Amber i Johny’ego. Nie wiem po co. Po prostu jakoś mnie to w tym czasie bardzo interesuje.

Minęło 15 min.

Stary przynosi mi kanapki z twarożkiem i szczypiorkiem.

– Jedz, to już na kolację.

A wiadomo, ja jedzenia, które mi ktoś podaje, nie odmawiam. Przyniósł mi ostatnio ulubione żelki, później mentosy… czyli wszystko to, co lubię i pochłaniam w całości między posiłkami.

Myślicie, że mając na niego takie poważne zarzuty, mogę wierzyć w jego dobre intencje?

Chibi weight

PS. Jutro bieg sponsorski. Zaproponowano, aby rodzice też wzięli udział w biegu, to będzie LEPSZA ZABAWA! Taaaa

8 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s