Home

  • Event cyrkowy

    Jestem poirytowana ilością informacji cyrkowych wysyłanych za pomocą szkolnej aplikacji. Codziennie dostajemy po dwa – trzy „eseje” na temat tego, co się teraz dzieje i co się będzie dziać w przyszłym tygodniu. Informacje są dublowane, potem zmieniane, znowu dublowane, znowu zmieniane, wysyłane przez dyrektorkę, przez wychowawcę, znowu jakaś zmiana i tak w kółko. Można się w tym szybko pogubić. No dobra, pod kilku pierwszych wiadomościach, nawet nie zamierzałam czytać reszty.

    Za to z ostatniej wiadomości od wychowawcy (nie od dyrektorki) wynika, że:

    1. W następnym tygodniu nie ma lekcji. Komu jest potrzebna nauka, gdy można się bawić w cyrk! Smarki mają tylko zajęcia z artystami, które mają je przygotować na wielki występ. Z tej oto okazji, odwołana jest wtorkowa lekcja etyki (jedyny dzień, gdzie smark jest w szkole do 12.45). Cały tydzień dzieciaki kończą o 11.45. I oczywiście, jak nie ma lekcji, to nie ma prac domowych. Hura…

    2. Namiotu cyrkowego nie będzie, bo… no właśnie, kij wie dlaczego. Podobno szkoła dostała odmowę ze Stadu. Czy to z powodów przepisów covidowych? Czy z powodów aktualnego położenia Jowisza? Nie wiem. W sumie mam to gdzieś.

    3. Występy będą nagrywaną kamerą 4k (4k KURDE!) i później będziemy mogli sobie pooglądać, wspólnie z całą rodziną, efekty pracy naszych pociech. No łezka w oku się kręci…

    4. Mój dzieciak ma występ razem z jedną trzecią klasą i „obowiązkiem” rodziców jest przyprowadzić smarka w sobotę na 15:00 do szkoły (!) i o 17:00 zabrać go do domu. I like IT!

    Pewnie informacje będą się jeszcze zmieniać na bieżąco, bo dziś jest dopiero piątek, a występ będzie za tydzień. Tyle dni, tyle możliwości zmian! Mam ochotę odinstalować szkolną apkę, bo strasznie mnie wkurwia denerwuje to ciągłe brymczenie (jest w ogóle taki wyraz?). Grrr! Ile jeszcze zostało lat do pełnoletności dzieci? Za dużo…

    Chibi wtf
  • Biegowe statystyki

    Bieg sponsorowany zakończony „ogromnym” sukcesem. Wiem, że nikogo to nie obchodzi, ale zamieszczę wam statystyki z biegu, bo szkoła już zdążyła wszystko podliczyć.

    Dokładnie 5069 rund (okrążeń) zostało zrobione przez dzieci szkolne, a dodatkowe 507 okrążeń przez chętnych biegaczy. To wszyscy ci, którzy uwielbiają czuć wiatr we włosach, czy coś w ten deseń. Łącznie ponad 3000km! Brawo, brawo! Ale jesteście zajebiści. I na sam koniec, krótkie info od dyrektorki, że ma nadzieję, że kwoty wpisane „za rundę” okazały się przystępne. Troska o budżet domowy w czasie kryzysu!

    Chibi accountant

    Ciekawe ile zebrali forsy, albo ile, według list sponsorskich, powinni zebrać. Ciekawe, dlaczego nikt nie podaje tego do ogólnej informacji… Czyżby Finanzamt nie interesował się zbiórkami szkolnymi?

    Zdjęcie zarypane ze szkolnej aplikacji.

  • Sponsorenlauf

    Paskudna sobota. O 12:50 zbiórka pod schodami szkoły. Bombelki będą zbierać pieniążki. Ale się jaram! (sarkazm)

    12:25

    – Dobra, ruszać dupska! Dzieciaki siku, zaraz będziemy wychodzić! – staram się jakoś pozbierać towarzystwo.

    – Po co tak szybko? – stary ma odwieczny problem ze spóźnianiem, bo nie rozumie prostej rzeczy, że jak się wyjdzie z domu trochę wcześniej, to w efekcie, można uniknąć SPÓŹNIENIA!! Takie oczywiste, a jednak takie skomplikowane.

    – Przecież do szkoły się idzie 15 minut, a kazali być smarkom wcześniej, bo muszą każdemu dać kwitek na pieczątki – tłumaczę, jak dziecku, że siusiu robi się do nocniczka, bo mamusia i tatuś też już nie używają pieluszki, bo pieluszka jest dla małych bejbików…

    – Ale ja nie będę szedł! Spocę się, zanim dojdę do szkoły! Jedziemy autem!

    Mieliście czasem ochotę, kopnąć swojego starego w dupę, tak mocno, że wylądowałby na księżycu? Esu! Dlaczego ja za niego wyszłam?? (Głos z zaświatów: bo chciałaś podpisywać się falbanką!) W dzisiejszych czasach dzieciaki zmagają się z nadwagą, ze śmieciowym żarciem, które jest tańsze od tego zwykłego żarcia, z brakiem ruchu… no ale jak to się mówi, czym skorupka za młodu… Nauczmy chłopaków, że do szkoły stary zawiezie, zakupy przyniesie stara, a w pokoju posprząta… matka, albo sprzątaczka (dla niektórych może to i to samo, bo jak wiemy, my kobiety lubimy sobie dodawać obowiązków).

    W końcu wyszło tak, że wzięłam pierworodnego, wciskając mu kit, że tata musi jeszcze zrobić kupę (co innego mogłam wymyśleć, co by brzmiało tak wiarygodnie?) i przyjdą z młodym trochę później. Oczywiście, chyba nie muszę mówić, że się grubo spóźnili, ale w tłumie bachorów i innych rodziców, dziadków, wujków, sąsiadów i wszystkich znajomych z fejsa… starszy nic nie zauważył.

    Trasa biegła z boiska szkolnego na chodnik, dookoła bloków, tak aby dzieciaki nie musiały przebiegać przez ulicę. 50 metrów przed metą, postawiono stoisko z wodą i jabłkami. Każdy dzieciak, na szyi miał wstążkę z papierowym kubkiem i tekturowy bilet, na którym Frau „jakaś tam” przybijała pieczątki, za każde przekroczenie mety.

    Moje dziecko, tak naprawdę, biegało do tego stoiska z wodą i jabłkami. Zresztą, nie tylko on, ale większość dzieci. Spokojnie ustawiały się w kolejce po jabłuszko i po wodę, rozmawiając i śmiejąc się. Jakby tam dawali żelki albo schocko bonsy, dzieciaki zrobiłyby dwa razy więcej kółek, aby zeżreć jak najwięcej cukierków.

    Trzecie okrążenie.

    – Ciekawe ile pobiegnie?

    Znaleźli się też bardzo zaangażowani rodzice, którzy biegali razem ze swoimi bąbelkami. Trafił się nawet pan w białej koszuli i spodniach garniturowych, który sobie po prostu biegał z dzieciakami. Sportowy dress code nie obowiązywał, więc gdyby jakaś pani zechciałaby pobiegać sobie w szpilkach – żelazkach, to by mogła! Istniałoby jednak ryzyko złamania, albo przynajmniej skręcenia nogi. Innym interesującym obuwiem do biegania są klapki japonki…

    Piąte okrążenie.

    – Ile już zrobił? Straciłam rachubę.

    Wyobrażam sobie Genialnego Żółwia1 biegającego w japonkach…

    Ósme okrążenie.

    – E! Eee!! Synek! – drę mordę do dziecka – Poka, ile już masz kółek? Oooo… siedem pieczątek! Bardzo ładnie, bardzo ładnie. W nagrodę po biegu pójdziemy na lody.

    Mistrzowskie, rodzicielskie zagranie. Dzieciak odbił ósmą pieczątkę zaraz po przerwie na jabłko i pobiegł dalej. Kiedy znalazł się znowu koło jabłek, woła do mnie:

    – Mama, ja się już znudziłem, mogę już nie biegać! Pójdziemy na lody?

    I tym sposobem, odbił dziewięć (niestety, aż dziewięć) pieczątek i po godzinie udało nam się zawinąć do domu… tzn na lody. Akurat, jak moje dziecko schodziło z trasy biegowej, to przyszły drugie klasy. I dobrze, po co ma brać przykład z tych, jeszcze nie zmęczonych dzieci i marnować moje ciężko zarobione pieniądze. Dziewięć kółek to i tak więcej, niż planowałam wydać…

    Chibi run, run baby run

    1 Genialny Żółw (Muten Rōshi, Mistrz Roszi – zwał jak zwał) Postać z sagi Dragon Ball.

  • Coraz większa BUŁA

    Budzę się rano. Staję na wagę. 55.1kg.

    Przekroczyłam swój dopuszczalny próg bezpieczeństwa. Wiem, że ostatnio moje odżywianie nie należało do wzorowych… ale, jak sięgnę pamięcią, zawsze jadłam śmieci i tak nie tyłam, jak ostatnio.

    To wina tabletek, na pewno! Piąty miesiąc biorę tabsy, głównie po to, aby uchronić się przed niechcianą ciążą. Chociaż w kraju, w którym aborcja jest dozwolona, nie ma aż takiej presji, ale przyznacie, że lepiej jednak zapobiegać… niż skrobać. Drugim powodem były nieregularne, bolesne i obfite krwawienia. Ta nieregularność była strasznie trudna do zniesienia, nigdy się nie wiedziało, kiedy nadejdzie. Może po czterech tygodniach, a może po dziesięciu… loteria… nic nie zaplanujesz. Przed urlopem akurar zawsze jest ten odpowoedni czas, że okres spóźnia się 10 tygodni, test ciążowy negatywny (zrobiony, jak zawsze, na wszelki wypadek), a tylko pójdziesz do WC przed wycieczką zrobić siusiu, aby po drodze nie korzystać z publicznych toalet… I masz takie WTF?? WHY??? I bierzesz żyletki starego i podcinasz sobie żyły (to żart, nigdy nie myślałam o samobójstwie z menstruacją w tle).

    Ciekawe czy ta waga się zatrzyma, czy będzie dalej rosnąć. Muszę chyba trochę ogarnąć swój jadłospis… trochę go uporzadkować. Mam wrażenie, że też stary mnie tuczy po kryjomu i zwala winę na tabletki. Taka sytuacja poglądowa z wczoraj.

    Wrócił z pracy i sam sobie odgrzał zupę w termomixie. W końcu go tej wysoce skomplikowanej czynności nauczyłam (trzeba aż włączyć, nastawić czas, temperaturę i mieszanie – 10 sekund roboty), bo jego „podgrzejesz mi” strasznie mnie wkurzało. Usiadłam obok i zaczęłam wyżerać mu bułkę, którą sobie wziął do zupy. Tak, wiem, żaden facet tego nie lubi, ale głodne kobiety tak, po prostu mają!

    – Nalać Ci też? – pyta już lekko poirytowany, bo chyba zauważył, że jestem głodna…

    – Poproszę – kulturalna, jak zawsze.

    I on mi niesie pełny talerz zupy i do tego świeżą bułę. Zjadłam wszystko. Napchałam się, aż samarę mi wyrypało. Dobrze, że w dresach byłam. No, ale to tylko zupka: barszcz ukraiński i na dodatek bez fasoli, bo dzieciaki „fasoli nie lubią.” Sama woda z warzywami, przeleci raz dwa, to się zaraz przecież wysika. Po posiłku udałam się na kanapę pod kocyk (22 stopnie na dworze), aby móc trawić w spokoju. Ostatnio namiętnie śledzę postęp w sprawie Amber i Johny’ego. Nie wiem po co. Po prostu jakoś mnie to w tym czasie bardzo interesuje.

    Minęło 15 min.

    Stary przynosi mi kanapki z twarożkiem i szczypiorkiem.

    – Jedz, to już na kolację.

    A wiadomo, ja jedzenia, które mi ktoś podaje, nie odmawiam. Przyniósł mi ostatnio ulubione żelki, później mentosy… czyli wszystko to, co lubię i pochłaniam w całości między posiłkami.

    Myślicie, że mając na niego takie poważne zarzuty, mogę wierzyć w jego dobre intencje?

    Chibi weight

    PS. Jutro bieg sponsorski. Zaproponowano, aby rodzice też wzięli udział w biegu, to będzie LEPSZA ZABAWA! Taaaa

  • Jak zostać dobrym sponsorem?

    W szkole pierworodnego odbędzie się wkrótce „niesamowity” event. Dzieciaki ze wszystkich klas, będą przygotowywać cyrkowe przedstawienie. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, bo kartki wyjaśniające od nauczycielki organizującej to wydarzenie, przypominają strasznie skomplikowaną i długą instrukcję obsługi kobiecego mózgu. Nie miałam ochoty zagłębiać się w te wszystkie szczegóły. Jak widzę kartkę A4 zadrukowaną w całości tekstem, w czcionce Times New Roman 10, bez użycia interlinii… to przypomina mi się od razu Potop ze szkoły średniej… Koszmary od razu powróciły. To jedna, jedyna lektura, której nie przeczytałam w czasie mojej edukacji szkolnej. Próbowałam, starałam się, ale nie mogłam. Sami rozumiecie. W przypadku instrukcji eventowej nawet nie próbowałam, nie starałam się. Wzorowy rodzic!

    Tak naprawdę najważniejsze jest to, że cyrkowe przedsięwzięcie będzie w kij kosztować i trzeba, w jakiś „cudowny” sposób zebrać hajs. Ile? Tego nikt nie wie. Była tylko krótka informacja, że wynajęcie sprzętu cyrkowego i treningi z prawdziwymi artystami „mają swoją cenę.” Cokolwiek to znaczy. Jakby napisali, jaka to dokładnie cena, możnaby sobie podzielić – kwota przez ilość dzieciaków i byśmy wiedzieli „po ile wypadałoby się zrzucić.” Kto ma więcej, niech da więcej, a kto nie ma, niech da tyle, ile może. Ale nie! Nieeeee! Niemcy nie idą na łatwiznę. Po okrutnych czasach korony, ludzie pragną eventów  na świeżym powietrzu, podczas których można towarzysko spędzić czas i wesprzeć tak wspaniały projekt. Wpić kawkę, zjeść ciasteczko  – kto tego nie kocha? Dlatego szkoła zorganizowała kolejny event – bieg sponsorowany (po niemiecku Sponsorenlauf)!

    O co chodzi? Dzieciaki z każdej klasy mają obowiązek wziąć udział w biegu. Akceptowane, jak zawsze, jest tylko zwolnienie od lekarza, albo naprawdę, ale to naprawdę poważny, udokumentowany powód („rozumie pani, nasza ukochana babcia umarła, mamy pogrzeb i nie możemy przyjść, a tu jest akt zgonu do dokumentacji”). Trasa ma 550m i każda klasa ma określony czas na bieg – dokładniej dwie godziny. Pierwsze klasy zaczynają od 13:00, drugie od 14:00 itd. Klasy muszą się na siebie nakładać, aby to wszystko nie trwało do późnych godzin nocnych. I każde dziecko, biorące udział powinno ogarnąć sobie sponsorów, którzy dadzą konkretny hajs za każde okrążenie. Najlepiej zaprosić do zabawy dziadków, ciocie, sąsiadów (i wszystkich znajomych z fejsa), aby przyłączyli się do wspólnej zabawy! Juhu! Ale ubaw!

    I tak, wszystkie smarki dostały do domu listę sponsorów. Ile hajsu można dać dzieciakowi za zrobienie jednego kółka?

    – Ile damy młodemu za zrobienie jednego okrążenia? 5€? To dużo, czy mało? Myślisz, że pobiegnie więcej niż 2km?

    – W życiu! Wpisz 10€! Jebać biedę! – stary zawsze chętny do rozdawania kasy.

    Na liście sponsorów mojego pierworodnego wpisałam tylko siebie i starego. Nie mam tu rodziny, znajomych, a sąsiadów nie lubię. I wpisałam tę wyciągniętą z czterech liter kwotę, zaproponowaną przez męża (przypomnę: 10€ za kółko), nieświadoma, ile naprawdę jest w stanie przebiec, moje własne dziecię.

    Dodatkowa prośba do rodziców. Takie zadanie „dla chętnych.” Kto by mógł upiec ciacho – najlepiej, aby zgłosiło się kilka osób z każdej klasy. Kiedy dzieci będą robić kółeczka, rodzice i pozostali sponsorzy będą mogli osłodzić sobie te nudne chwile, kawałkiem ciasteczka i kawki, oczywiście, nie za darmo, ale to wszystko w imię wyższego celu. W mieście, od dłuższego czasu, nie ma w sklepach ani oleju, ani mąki, a jak się pojawia, to znika błyskawicznie. Czarny handel olejem i mąką kwitnie, ale to nie nasz problem. Liczymy na was! Do dzieła kochane Bäckerinen (czyt. piekarki – jest w ogóle takie słowo po polsku? Żeńska forma od męskiego „piekarz”?) Niedługo placki będą uznawane za wykwintny i rzadki rarytas.

    Póki żyłam w niewiedzy, czułam sie dobrze. Odrobina świadomości dopadła mnie za to po południu. Wracając ze szkoły, gadałam z jedną matką dzieciaka z naszej klasy. Ona mi powiedziała, że już takie wydarzenie było organizowane w szkole, jeszcze przed pandemią. I że dzieciaki mogą biegać, ale mogą też chodzić, robić sobie pauzy na jedzenie, picie, na siku… na simsy. Mają przeznaczone na bieg dwie godziny. I sobie biegają/chodzą, aż im się znudzi… I że ona, to w ogóle wpisała 50 centów za okrążenie…

    Zbladłam.

    Nagle uruchomił mi się kalkulator w głowie… Skoro do szkoły mamy 1,2km i idziemy w mniej niż 15 minut… to ile takich kółek może w ciągu dwóch godzin, zrobić moje dziecko, choćby sobie po prostu spacerując? W 15 minut dwa okrążenia, każde okrążenie po 10€… to daje całe 80€ za godzinę spaceru. A przeznaczyli na bieg dwie godziny. I to pomnożyć przez dwa, bo wpisałam siebie, jako jednego sponsora i starego, jako drugiego. I te dzieciaki, jak będą biegły/szły w grupie, to mogą tych kółek zrobić sporo, bo pewnie wzajemnie się motywują. Jak smarki idą na dwór to ile godzin się ganiają? O bosze! Dlaczego ja wcześniej o tym nie pomyślałam?? To takie logiczne! Przecież nikt nie bedzie kazał biegać dzieciakom sprintem na czas! („Szybciej, szybciej Jasiu! Jeszcze dziesięć kółek i dostaniesz żelki!”) A przyznaję się, nie miałam w ogóle ochoty pozbywać się takiej gotówki. No nic, chyba trzeba napisać maila do nauczycielki, że zrobiłam babola, że nie zrozumiałam, albo coś w tym stylu. Jak w ogóle mogłam się posłuchać starego? Co się wydarzyło? Zaćmienie?

    Ale głupi mają czasami szczęście.

    Wieczorem przeglądałam tornister smarka, by sprawdzić, czy zrobił wszystkie lekcje. A w teczce nadal znajdowała się, wypełniona przeze mnie lista sponsorska. Nie wierzyłam w swoje szczęście! Skserowałam listę, wycięłam wszystkie pola, które uzupełniłam i ponownie skserowałam. Wiem, kombinacje alpejskie, ale nie posiadam korektora w swoich domowych magazynach. 2€ za okrążenie, to kwota, którą mogę dać. Liczę, że moje dziecko się zmęczy, znudzi, albo potknie o własne nogi, popłacze i będzie chciał wrócić do domu. Nie ma to, jak dobra, rodzicielska motywacja.

    Ile takich kółek po 550m może machnąć 7-latek?

    Chibi money cash
  • Forma na …

    Wiosna trwa w najlepsze, więc wypadałoby trochę „zliftować nadwozie”, by bez krępacji pokazać światu odkryte nogi… zadanie jest dosyć trudne, bo porzuciłam sport we wrześniu 2020, na czas rekonwalescencji pozabiegowej… I chociaż miałam zakaz dźwigania tylko na okres od 6 do 8 tygodni… zaniechałam ćwiczeń na dobre. Na wiosnę 2020 udało mi się zrobić „formę” w 3 miesiące… zapewne dlatego, bo siedziałam z dupą w domu – jak zresztą cały świat – i aby nie umrzeć z nudów i aby nie pozabijać własnych dzieci, zakupiłam „domową” sztangę, by dać ujście negatywnym emocjom… I przy okazji zbudować pośladki – jakby ktoś nie wiedział, to od urodzenia cierpię na „płaskodupie.”

    Sytuacja teraz jest trochę inna, bo: a) jestem już o (całe!) dwa lata starsza, b) jestem leniwą BUŁĄ i c) jestem leniwą BUŁĄ. Tak, wiem, napisałam to dwa razy, w celu podkreślenia swojej ogromnej bułowatości.

    Dlatego opaliłam tydzień temu aplikację Lewandowskiej, do której dożywotni dostęp zakupiłam dawno temu (nie pamiętam, czy to było dwa czy pięć lat, ale na pewno dawno). Na szczęście Lewa nie próżnuje (w przeciwieństwie do mnie) i co rusz wrzuca nowe programy treningowe. Poszukałam jakiś zestaw dla początkujących, bo nie ma co szaleć. Nie oszukujmy się, fit matką, to ja nie jestem.

    Pierwszy lepszy program dla początkujących, krótkie treningi, ale za to codziennie, aby przyzwyczaić ciało do jakiegokolwiek wysilku. Dzień pierwszy – całe 17 minut! Czy w ciągu siedemnastu minut można się zmęczyć? Czy to już trening?

    – Cho, zrobisz ze mną trening! – mówię do starego – to tylko 17 minut! – zachęcam.

    Ten krótki czas, przekonał go, że warto ruszyć dupsko z kanapy, bo co to jest 17 minut dla prawdziwego mężczyzny! Rozłożyłam matę, sobie i jemu i odpaliłam apkę…

    Po 10 minutach stary zaczął pękać. Niestety, Anka pierwszego dnia zaplanowała trening nóg i wszystkie ćwiczenia były w przysiadzie i półprzysiadzie. W 13 minucie padł na mate sapiąc „wymiękam” i „to nie są ćwiczenia dla mnie”. Trudno. Skończyłam „trening” sama.

    Bez spiny, codziennie odpalam sobie kolejne treningi. Nigdzie mi się nie spieszy, nie występuję w żadnych zawodach na sylwetkę roku, także zero presji. Gorzej ze starym, bo po pierwszym treningu płakał przez cztery dni, że go plecy jakoś dziwnie bolą i winą za to obarczył 17 minutowy zestaw ćwiczeń, z którego zrobił zaledwie 13…

    „Ale plecy mnie bolą!”, „Mówiłem Ci już, że mnie plecy bolą?”, „Ale mnie dziś plecy bolą!”, „Ledwo dziś wstałem, tak mnie plecy bolą!”, „Mówiłem Ci już, że przez ten twój trening, plecy mnie bolą!” – Tak!!! milion razy! Zastanawiałam się już nawet, czy karetki nie wezwać, ale z każdym dniem, jakby „dziś mnie już odrobinkę mniej PLECY BOLĄ”…

    To już ten wiek, że człowiek czołga się do trumny… wszystkiemu winny bułowaty tryb życia.

    Chibi aquat fitness
  • Fachowcy od dachu

    Wracałam właśnie z praniem z piwnicy. Tak, chodzę nadal trzy poziomy niżej, aby zrobić pranie. Nie mam wyjścia. Rozłożyłam już suszarkę na balkonie, bo skoro przestało padać, to trzeba korzystać z pogody.

    Dzwonek do drzwi.

    – Dekarze będą dziś o 14:00… no dobra, może o 14:30, a może o 15:00. Będzie pani w domu? – pyta Hausmeister.

    Tak precyzyjnej godziny to nawet DHL nie podaje. Sprawdź, proszę, o której będzie paczka… coś między 7:00 a 22:00.

    Czy ja w tej sytuacji powinnam to pranie zabrać z balkonu? Czy ten dekarz wejdzie na dach przez te zamontowane płotki? Czy dzieciak nr 2 powinien zabrać/posprzątać pułapki z klocków lego porozwalanych po całym salonie? Czy mam na tę okazję umyć włosy? Nie, spoko, wystarczy uczesać.

    O 14:20 przyszedł Hausmeister z jakimś gościem. Przechodząc przez salon poczynił szybki Look na plamę sufitową (tak, nadal wygląda jak dusza spływająca do Hadesu) i dzida na balkon. Sprytnie omijał porozwalane LEGO (dzieciak nie miał ochoty sprzątać. Ja też nie). Lezę za nim, uważając aby nie nadepnąć na klocki, z nadzieją, że nie będzie kazał mi ściągać płotków. Bo jak to się niby robi? A ten ziomek, jak małpa (w pozytywnym znaczeniu, mam na myśli sprawność fizyczną), noga do góry (przysięgam, że nie wiem, czego się złapał) i hop, już był na dachu.

    – Widzę! Znalazłem „TO!” – krzyczy fachowiec po dwóch sekundach.

    TO, czyli przyczynę przeciekania dachu. Znowu dzwonek do drzwi. Drugi gościu niesie jakiś sprzęt, jakby porozumiał się ze swoim kolegą telepatycznie i tak samo, jak ten pierwszy, wszedł do mieszkania i dzida na balkon. Dekarz postukał, popukał i zeskoczył z dachu. Jakby z huśtawki zaskakiwał.

    – Załatwione! Do widzenia.

    I poszli. Hausmeister w drodze do wyjścia jeszcze rzucił słowem, coś o tej plamie i zmył się szybciej, niż kreda z chodnika podczas deszczu.

    Załatwione. 3 minuty.

    No… i już.

    Chibi wtf
  • Dzień po podpisaniu umowy…

    Budzę się przed budzikiem. Miałam straszny sen, w którym dzieciak nr 1 miał wypadek. Leżenie i rozmyślanie nad snem uznałam za zły pomysł, dlatego postanowiłam dźwignąć ciężki tyłek i … rozmyślać nad snem z kubkiem gorącej kawy. Totalny bezsens. Zajmij czymś myśli… zajmij czymś myśli…

    Idę sobie z kawą do salonu, zapalam światło i „masz ci babo plamę.” Nie! Ci, którzy myśleli, że oblałam się kawą, nie trafili (chociaż samo zdarzenie jest bardzo prawdopodobne, bo jestem mistrzem w plamieniu ciuchów żarciem i napojami). Plama wykwitła na suficie. Okropna, żółta plama! Mieszkam na samej górze,  więc rozumiecie, że żaden sąsiad mnie nie zalał. Dach przecieka do mojego (przynajmniej jeszcze) mieszkania. W nocy (podobno – nie wiem, bo spałam) zacinał mocny deszcz i proszę! Przeciekł dach! Patrzę na prognozę pogody. Ma padać cały dzień. Aha! No zarypioza!

    Foto i wiadomość do starego.

    Ja: Zalało nam sufit. Dzwoń do Hausmeister’a! (Nie wiem jak poprawnie pisać odmienione po polsku niemieckie wyrazy, sorry!)

    Stary: Czemu ja? Przecież ty lepiej znasz niemiecki.

    Ja: Bo ty jesteś facet! – To dopiero jest siła argumentów!

    Stary: Przecież ja nawet nie wiem jak jest „plama” po niemiecku!!!

    Cały mój mąż. Od 2013 mieszka w Niemczech, wszędzie się dogaduje, w urzędach, w pracy… ale w życiu codziennym, to już noga. Taka dygresja. Jak dzwonił do nas właściciel mieszkania, z którym podpisaliśmy umowę, aby zaprosić nas na oglądanie, mówi do starego „Pana niemiecki jest bardzo zły.” A mój mąż na to: „Ja dużo pracuje, nie mam czasu na naukę niemieckiego.” Myślałam, że nas nie wezmą. Z niemieckim mojego męża, moim niemieckim, trochę lepszym, ale wciąż dalekim od biegłego i dwójką dzieci z ADHD. Dobra, nie mają zdiagnozowanego, ale często zachowują się jak szajbusy z dżungli. Albo jak dwa walczące koguty…

    Skombinowałam numer (a nie było to trudne, bo informacja o numerze telefonu wisi w gablocie przy wejściu do klatki schodowej) i stary zadzwonił do Hausmeister’a. Ma przyjść za jakiś czas i zobaczyć, co się stało. O fuck! Wypadałoby ogarnąć trochę salon z hałdy zabawek, porozwalanych na stole kartek i okruchów po bułce, które wczoraj chamsko zostawił WSZĘDZIE dzieciak nr 2, „koneser suchych bułek”. Tak go kiedyś obserwowałam i co on wyprawia, gdy nikt na niego nie patrzy… Najpierw wyrywa z bułki środek (krusząc już przy tej czynności) i później je taką bułkę bez środka, często przy tym potrząsając nią, jak solniczką, aby te okruchy rozsypać dookoła: na kanapie, na podłodze, na stole, WSZĘDZIE! Nie wiem, może tak znaczy teren. Najgorzej, gdy jest sam w pomieszczeniu, bezkarny, bo nikt nie ma dowodów, że to właśnie ON stoi za tym syfem. A wiadomo, że do winy się nie przyzna.

    Wizyta trwała 5 minut. Wszedł, zobaczył plamę, wyszedł na balkon, zrobił zdjęcie plamy i poszedł. Powiedział, że to zgłosi „gdzieś tam” i przyjadą to obczaić dekarze, ale na pewno nie dziś. Nie wie dokładnie kiedy, ale da mi znać. Znowu patrzę na prognozę pogody. Tak, według prognozy nadal ma padać…

    Powiem wam, że strasznie wkurza taka plama. Siedzisz w salonie i ciągle spoglądasz do góry, czy jeszcze tam jest. Oczywiście, że tam jest, przecież sama nie zniknie. Jest ohydnie żółta i szpeci mi krajobraz.

    Jeszcze tylko 3 miesiące… Wytrzymam!

    Chibi omg
  • Do trzech razy sztuka… albo do czterech!

    Bez zbędnego pitolenia. Znaleźliśmy mieszkanie. Umowa podpisana. Termin wyprowadzki: 1.08.2022.

    Nareszcie pożegnam te przeklęte skosy!! I będę mogła rozdzielić te dwa żywioły! Zamknąć ich w osobnych pokojach!! Na klucz? Taaaak! Aby nigdy już nie wyszli! <Złowrogi śmiech z horrorów> Może nawet uda mi się ocalić salon przed zawaleniem go hałdą zabawek.

    Chibi home

    Mimo, że powinnam skakać z radości, to ostatnio nie mam humoru. Wszystko mnie denerwuje. Dzieciak nr 1 wrócił od poniedziałku do normalnej szkoły i zaczęły się zadania domowe i codzienne marudzenie przy ich odrabianiu. Jest dopiero wtorek a ja już mam ochotę wyp… wywalić te książki (razem ze swoim pierworodnym) przez balkon. Wdech nosem… wydech ustami… wdech nosem… dlaczego wszystko dookoła mnie denerwuje?…

  • Wariatka w swetrze

    Siedzę sobie w domu. Ogarniam zwykłe sprawy, czyli dokładniej mówiąc – żadne. Co jakiś czas sprawdzam tylko (ale też nie za często, tak co dwa, trzy dni), czy paszporty są już gotowe do odbioru. Nigdy nie wiadomo. Może czasami i polski urząd potrafi zaskoczyć i zrobić coś przed czasem, z myślą o swoim obywatelu. Nigdy nie wiesz!

    Całe ferie nic nie robię. Tak, wiem, już to mówiłam. Jedynym moim „ruchowym” zajęciem jest pojechanie ze starszym do szkoły na kurs niemieckiego i odebranie go po poludniu. Przyznacie, że mam prawo czuć się zmęczona. Taka ilość obowiązków potrafi nieźle przytłoczyć człowieka.

    Ciągle jest mi zimno. Serio. Jak to możliwe? Zwłaszcza kiedy wszystkim dookoła jest gorąco. Musiałam otworzyc okna, aby wpuścić trochę ciepełka z zewnatrz, uważając, by przeciągu nie zrobić. Na dworze jest (sprawdzam) 21 stopni. W chacie jest (sprawdzam) 20 stopni. Niemożliwe! Zrobiłam sobie ciepłą herbatkę, aby się trochę rozgrzać. Po chacie chodzę ubrana na cebulę, czyli krótki rękaw i sweter. Taki sweter z grubej, plecionej wełny (No dobra, z materiału wełnopodobnego. Podałabym wam dokładny skład, ale obcięłam te wszystkie pliki metek, aby się nie plątały i aby mnie nie wkurzały). Wyczaiłam go (w sensie, że ten sweter) w zeszłym roku na wyprzedaży zimowej na dziale dziecięcym w Reserved. Dziewczynka (modelka?) na zdjęciu miała bardzo długie rękawy, bo to taki krój, podobno bardzo modny, typu oversize. Zamówiłam sobie największy rozmiar jaki mieli, czyli 164. Ja mam dokładnie 168, ale skoro rękawy są takie długie, to powinien pasować. Poza tym, zawsze można oddać… Jakie oddać? Ten sweter kosztował 15 złotych!

    Powiem wam, że kiedy to przyszło, to aż nie wierzyłam, że można takie cacko, za takie małe pieniądze wyhaczyć! I to na dziale dziecięcym! Ciepły, gruby sweter i na dodatek przepiękny. Przypomina mi trochę te swetry z katalogów modowych. Jesienna sceneria z kolorowymi liśćmi w tle, piękna modelka z blond lokami jest ubrana w sukienkę w kwiatki, taki sweter z grubej wełnopodobnej tkaniny i czarne botki z ćwiekami – i proszę bardzo, modna stylówka gotowa! Więc zakup uznaję za bardzo udany! Za 15 złotych…. No, nie mogę!

    I tak siedzę sobie dalej na kanapie, nic nie robiąc, jeżeli nie liczyć zabawy telefonem i picia herbatki. Nagle rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Zła, że musiałam ruszyć dupsko, snuję się do domofonu. Kurier przyniósł stos rzeczy, które stary sobie pozamawiał do roboty. Patrzę na kuriera, on patrzy dziwnie na mnie. Ja patrzę na niego, a on patrzy na mnie… jak on patrzy? Jakby z niedowierzaniem? Zrobił takie parskniecie śmiechem i pokiwał głową na boki… On spocony, w krótkim rękawku, ja zziębnięta w grubym swetrze. No wariatka!

    Kartony z rzeczami zamówionymi przez starego, stawiam w przedpokoju. Ciekawe, jak długo będą nabierać mocy urzędowej, zanim je odpakuje.

    Wracam do pokoju. Jeszcze raz sprawdzam temperaturę… 20 stopni. Niemożliwe! Siadam znowu na kanapę i tym razem przykrywam się kocykiem.